Walentynki, Walentynki… no i dobrze, może są tacy, którym potrzebny jest specjalny dzień, żeby wydusić z siebie wyrazy sympatii wobec obiektu westchnień. Tak jakoś się dzieje, że bardzo chętnie i bez oporów wytykamy innym błędy, pouczamy, czepiamy się o byle co, ale jak przyjdzie przeprosić, albo okazać , że ktoś jest nam drogi i potrzebny, o… to wcale nie jest takie proste. Ale czternastego lutego jest właśnie okazja, żeby się otworzyć i wyrzucić z siebie te dobre emocje. Można zrobić to anonimowo, można żartem , albo wszelkimi innymi dostępnymi sposobami, a jest ich każdego roku więcej.
Anna Kulesz – akryl na płycie
I mnie też spotkała niespodzianka w Dniu Zakochanych dwa lata temu, kiedy w zakupionych ziemniakach znalazłam serce jak prawdziwe. Poczułam się wtedy prawie jak szekspirowska Julia, choć Romeo trudny był do zidentyfikowania. Uznałam jednak ten przypadek za dużą łaskawość losu i prawie słyszałam jak ono gorąco bije…

fot. AK
Zawsze lubiłam zabawę w przebieranki i wyłącznie dla zabawy zakładałam kapelusze. Ubranie na zdjęciu wyszukałam w starym kufrze na strychu leśniczówki do której zaproszono mnie dawno temu na obiad i przeglądanie rzeczy z minionej epoki. Było to chyba w Sulejówku, albo gdzieś w pobliżu. I od tamtego słonecznego dnia, słońce pozostało w moich kapeluszach do dzisiaj.

fot. M. Kościuszko
fot. W. Kulesz
Anna Kulesz – olej na płótnie
fot. W. Kulesz