Kawa w Albanii jest wszechobecna od rana do nocy. To najważniejszy napój. Jest tania, a czy ma jakiś szczególny smak? Chyba nie. To raczej tradycja nadała jej znaczenie. Przy niej się spotyka rodzina przyjaciele, przy niej załatwia się ważne sprawy, interesy. Można powiedzieć, że pełni funkcję narodowej instytucji, jest rytuałem, fundamentem życia społecznego. Porównuje się ją nawet, w pewnym sensie, do religii i podobno dziesięć filiżanek dziennie, to norma.
My jesteśmy przyzwyczajeni do picia jej niemalże w biegu, jako przystanek, jako przerywnik w zajęciach, a w Albanii pije się ją specjalnie, żeby posiedzieć i spędzić razem więcej czasu. Ma to trwać jak najdłużej. Odmowa zaproszenia nie jest dobrze widziana. Nas nikt nie zapraszał, więc w biegu popiliśmy po polsku deser i biegiem dalej. A deser nie zaskoczył, bo był to nasączony syropem chlebek na dnie pucharu, na nim budyń jak z PRL, bo chyba na wodzie i pierzynka z bitej śmietany.
Ludzie wszędzie bardzo sympatyczni, grzeczni, choć nie wylewni. Niestety bariera językowa ogromna. Widać, że obie strony chcą bardzo, ale kończy się to tylko na uśmiechach. Są chyba otwarci, bo kilka osób na ulicy,
w sklepie, zapytało mnie czy „polaka”. to nawet ciekawe, bo ja raczej nie mam urody typowo słowiańskiej. Skąd więc takie skojarzenie? Może nas po prostu lubią 😉
Chodziłam sporo sama i czułam się naprawdę bezpiecznie, nawet w miejscach gdzie nie było nikogo. A nie było, bo październik to już czas po sezonie. Na bazarku był większy ruch. W butelkach plastikowych rakija, oliwa nie tylko z oliwek, miody, zioła, warzywa świeże, ale i suszone prasowane figi. Jakoś nic nie wybrałam.
Było ciekawie, ciepło, słońce opalało bezboleśnie od razu na brąz i to mi się bardzo, bardzo podobało. Spacery nad Morzem Jońskim, w ciszy, na powstającej dopiero promenadzie będę bardzo mile wspominała.
Muszę dokończyć temat albańskiego menu wracając do ryb, choć przerwałam go opisem pysznego tortu. Popularną , bardzo dobrą rybą jest tam dorada występująca obficie w Morzu Jońskim i Adriatyku do którego Albania ma szeroki dostęp. Można ją dostać wszędzie, więc i nam podano ją w formie najbardziej popularnej, czyli z grilla. Z cytryną, którą dodaje się do wielu potraw. Spróbowałam i nie jest zła. Trudno mi określić smak, może coś miedzy dorszem a karpiem. Wyglądem przypomina flądrę, a przez złocisty pasek między oczami nazywana jest złotą doradą, albo doradą królewską.
Inny rybny posiłek wręcz mnie przeraził. Małe rybki, chyba gavros, powykręcane, jak by konały w konwulsjach na patelni i zastygły z błagalnie wytrzeszczonymi oczami. Odwracając wzrok od tego spojrzenia odcięłam głowę, żeby nie widzieć ich rozpaczy. Smażone są w głębokim tłuszczu w całości, obtoczone tylko w mące.
I to z grubsza, chyba wszystkie dla mnie nowinki kulinarne, chociaż… ach nie, zapomniałam jeszcze o czymś, co tylko powąchałam. Myślałam, że to słynny tradycyjny przysmak, czyli zupa z głowy barana, ale to była zupa rybna supe peshku, również uznawana za cenione tradycyjne danie regionów nadmorskich. Dla mnie żadna różnica.
Ale z wyjazdu jestem ogromnie zadowolona, właśnie dlatego, że mogłam to wszystko zobaczyć, dotknąć, i chociaż powąchać.
Lubię poznawać nowe miejsca, a wśród nich są takie, za którymi tęsknię, ale też i takie, do których, po zaspokojonej ciekawości nie mam już ochoty wracać. Albania jest na tej drugiej liście ze względu na kuchnię, w której dominują ryby, owoce morza i owcze mięso, czyli wszystko to, czego w ogóle nie jadam. Wobec powyższego obiadokolacje podczas pobytu zastępowałam chlebem z masłem i miodem. Na śniadanie można było sobie wybrać ze szwedzkiego stołu jajka sadzone, jajka gotowane, mocno przypieczone kawałki kiełbasek, oczywiście baranich, suchy biały mocno słony ser, jogurt, krojone warzywa (ogórek, pomidor, sałata, cebula), ciasto i inne regionalne słodkie lub słone wypieki ze zwykłego i francuskiego ciasta. Jajka jem sporadycznie, więc po dwóch dniach nasyciłam się nimi do dzisiaj. Dwa razy były pyszne rogaliki, ale one cieszyły się tak dużym powodzeniem, że więcej się nie pojawiły. Podobnie jak opiekana zielona papryka , którą uwielbiam, a która zaistniała tylko dwa razy. Czerwonej w ogóle nie było. A to właśnie jest mój przysmak. Poznałam ją w czasach PRL podczas pobytu w Bułgarii. Tam mogłam się nią rozkoszować bez umiaru, ale w Polsce uprawa i stosowanie w kuchni zaczęło się dopiero w latach 80. XX wieku. Tam też zaczęłam używać olej, bo bułgarski słonecznikowy diametralnie różnił się od używanego polskiego, który miał zawsze posmak tranu. Ale wracam do albańskich potraw.
Choć menu nie było dla mnie, to cenię to, że jadłospis był typowy dla tamtego kraju, bo przecież po to się wyjeżdża w inne strony świata, żeby świata smaki poznawać. W górach jada się tam więcej mięsa. Dominuje oczywiście , owcze, więc i ten region nie dla mnie.
Na fotce obiadokolacja. Po tym co już napisałam, wiadomo, że poprosiłam o zamianę na inne danie. Strzał był nietrafiony, bo dostałam spaghetti, ale z… mieloną baraniną. 🙁 Nie, nie byłam głodna, bo to danie zamieniłam znowu na chleb z masłem i miodem. Na tych podmiankach „zyskałam” dwa kilogramy z którymi teraz intensywnie walczę.
Albańczycy są bardzo mili i naprawdę było mi przykro i czułam się nieswojo, zostawiając wszystkie dania nietknięte, ale dogadać się z nimi bardzo trudno, bo ani angielski, ani rosyjski. Pozostawało wymachiwanie rękami, dziwne gesty i pojedyncze słowa polskie i albańskie, których wymowa sprawiała trudność im i nam. Jednak wszyscy się tam uśmiechają , kiwają głowami i choć odwrotnie niż u nas, to udawanie, że się doskonale zrozumieliśmy nie było przesadne, bo jakimś cudem rzeczywiście osiągaliśmy porozumienie, Czasami bywało śmiesznie.
Któregoś dnia już rano zapowiedziano grillowaną jagnięcinę na obiadokolację. Nawet się ucieszyłam, bo wyobraźnia podpowiedziała, że to pewnie jak cielęcina, którą bardzo lubię i często robię. Delikatna, subtelna, jakby z lekką mleczną nutą, może nawet nieco słodkawa. Nie potrzebuje wielu przypraw. Dodaję do niej tylko odrobinę soli, jakieś zioło lub natkę pietruszki i śmietanę. Cały dzień nastawiałam się, że w końcu coś będzie dla mnie, ale radość była przedwczesna, bo nawet jednego kęsa na spróbowanie nie udało mi się odkroić, ani oderwać. Jagnięcina była tak twarda i żylasta, że nikt z grupy nie odniósł zwycięstwa. Została nietknięta na talerzach i półmiskach.
W krajach bałkańskich mięso raczej nie jest marynowane, ale pieczone „na żywo”, choć owszem Albańczycy moczą je w kwaśnym mleku czy jogurcie przez całą noc dla zmiękczenia, ale przy żywieniu zbiorowym czasu na to przecież nie ma.. Być może stołówki skracają sobie czas przygotowania i dlatego mięso jest twarde i suche.
Było jednak coś, co zdecydowanie określam jako znakomite. To tort.
Zrobiony był prawie z samego kremu w dwóch warstwach o różnym smaku i bardzo mocno schłodzony, ale podczas jedzenia szybko zmieniał się w puszystą wyśmienitą masę. Po prostu mnie zachwycił. Cieniutka warstwa ciasta przełamywała delikatnie słodycz kremu. Rewelacja.