Muszę dokończyć temat albańskiego menu wracając do ryb, choć przerwałam go opisem pysznego tortu. Popularną , bardzo dobrą rybą jest tam dorada występująca obficie w Morzu Jońskim i Adriatyku do którego Albania ma szeroki dostęp. Można ją dostać wszędzie, więc i nam podano ją w formie najbardziej popularnej, czyli z grilla. Z cytryną, którą dodaje się do wielu potraw. Spróbowałam i nie jest zła. Trudno mi określić smak, może coś miedzy dorszem a karpiem. Wyglądem przypomina flądrę, a przez złocisty pasek między oczami nazywana jest złotą doradą, albo doradą królewską.
Inny rybny posiłek wręcz mnie przeraził. Małe rybki, chyba gavros, powykręcane, jak by konały w konwulsjach na patelni i zastygły z błagalnie wytrzeszczonymi oczami. Odwracając wzrok od tego spojrzenia odcięłam głowę, żeby nie widzieć ich rozpaczy. Smażone są w głębokim tłuszczu w całości, obtoczone tylko w mące.
I to z grubsza, chyba wszystkie dla mnie nowinki kulinarne, chociaż… ach nie, zapomniałam jeszcze o czymś, co tylko powąchałam. Myślałam, że to słynny tradycyjny przysmak, czyli zupa z głowy barana, ale to była zupa rybna supe peshku, również uznawana za cenione tradycyjne danie regionów nadmorskich. Dla mnie żadna różnica.
Ale z wyjazdu jestem ogromnie zadowolona, właśnie dlatego, że mogłam to wszystko zobaczyć, dotknąć, i chociaż powąchać.
Lubię poznawać nowe miejsca, a wśród nich są takie, za którymi tęsknię, ale też i takie, do których, po zaspokojonej ciekawości nie mam już ochoty wracać. Albania jest na tej drugiej liście ze względu na kuchnię, w której dominują ryby, owoce morza i owcze mięso, czyli wszystko to, czego w ogóle nie jadam. Wobec powyższego obiadokolacje podczas pobytu zastępowałam chlebem z masłem i miodem. Na śniadanie można było sobie wybrać ze szwedzkiego stołu jajka sadzone, jajka gotowane, mocno przypieczone kawałki kiełbasek, oczywiście baranich, suchy biały mocno słony ser, jogurt, krojone warzywa (ogórek, pomidor, sałata, cebula), ciasto i inne regionalne słodkie lub słone wypieki ze zwykłego i francuskiego ciasta. Jajka jem sporadycznie, więc po dwóch dniach nasyciłam się nimi do dzisiaj. Dwa razy były pyszne rogaliki, ale one cieszyły się tak dużym powodzeniem, że więcej się nie pojawiły. Podobnie jak opiekana zielona papryka , którą uwielbiam, a która zaistniała tylko dwa razy. Czerwonej w ogóle nie było. A to właśnie jest mój przysmak. Poznałam ją w czasach PRL podczas pobytu w Bułgarii. Tam mogłam się nią rozkoszować bez umiaru, ale w Polsce uprawa i stosowanie w kuchni zaczęło się dopiero w latach 80. XX wieku. Tam też zaczęłam używać olej, bo bułgarski słonecznikowy diametralnie różnił się od używanego polskiego, który miał zawsze posmak tranu. Ale wracam do albańskich potraw.
Choć menu nie było dla mnie, to cenię to, że jadłospis był typowy dla tamtego kraju, bo przecież po to się wyjeżdża w inne strony świata, żeby świata smaki poznawać. W górach jada się tam więcej mięsa. Dominuje oczywiście , owcze, więc i ten region nie dla mnie.
Na fotce obiadokolacja. Po tym co już napisałam, wiadomo, że poprosiłam o zamianę na inne danie. Strzał był nietrafiony, bo dostałam spaghetti, ale z… mieloną baraniną. 🙁 Nie, nie byłam głodna, bo to danie zamieniłam znowu na chleb z masłem i miodem. Na tych podmiankach „zyskałam” dwa kilogramy z którymi teraz intensywnie walczę.
Albańczycy są bardzo mili i naprawdę było mi przykro i czułam się nieswojo, zostawiając wszystkie dania nietknięte, ale dogadać się z nimi bardzo trudno, bo ani angielski, ani rosyjski. Pozostawało wymachiwanie rękami, dziwne gesty i pojedyncze słowa polskie i albańskie, których wymowa sprawiała trudność im i nam. Jednak wszyscy się tam uśmiechają , kiwają głowami i choć odwrotnie niż u nas, to udawanie, że się doskonale zrozumieliśmy nie było przesadne, bo jakimś cudem rzeczywiście osiągaliśmy porozumienie, Czasami bywało śmiesznie.
Któregoś dnia już rano zapowiedziano grillowaną jagnięcinę na obiadokolację. Nawet się ucieszyłam, bo wyobraźnia podpowiedziała, że to pewnie jak cielęcina, którą bardzo lubię i często robię. Delikatna, subtelna, jakby z lekką mleczną nutą, może nawet nieco słodkawa. Nie potrzebuje wielu przypraw. Dodaję do niej tylko odrobinę soli, jakieś zioło lub natkę pietruszki i śmietanę. Cały dzień nastawiałam się, że w końcu coś będzie dla mnie, ale radość była przedwczesna, bo nawet jednego kęsa na spróbowanie nie udało mi się odkroić, ani oderwać. Jagnięcina była tak twarda i żylasta, że nikt z grupy nie odniósł zwycięstwa. Została nietknięta na talerzach i półmiskach.
W krajach bałkańskich mięso raczej nie jest marynowane, ale pieczone „na żywo”, choć owszem Albańczycy moczą je w kwaśnym mleku czy jogurcie przez całą noc dla zmiękczenia, ale przy żywieniu zbiorowym czasu na to przecież nie ma.. Być może stołówki skracają sobie czas przygotowania i dlatego mięso jest twarde i suche.
Było jednak coś, co zdecydowanie określam jako znakomite. To tort.
Zrobiony był prawie z samego kremu w dwóch warstwach o różnym smaku i bardzo mocno schłodzony, ale podczas jedzenia szybko zmieniał się w puszystą wyśmienitą masę. Po prostu mnie zachwycił. Cieniutka warstwa ciasta przełamywała delikatnie słodycz kremu. Rewelacja.
Wylatujemy z lotniska w Modlinie. . Nie często odbywam podróż samolotem. Ostatni raz kilka lat temu do Gruzji. Z dzieciństwa nie mam miłych wspomnień , ale teraz nie było żadnych sensacji, dopóki samolot nie wzbił się gwałtownie bardzo wysoko, omijając turbulencje. Ból uszu nie do wytrzymania. Na szczęście trwało to tylko z 10 minut, chociaż dla mnie raczej ,aż 10 minut.
Zostawiamy za sobą jesienny październikowy chłód. Chyba niepotrzebnie zabrałam kilka ciepłych ubrań. Grzeją nas emocje, a w Albanii jeszcze lato. Bardzo chciałam zobaczyć kraj, w którym rosną palmy, a pomarańcze, granaty i banany dojrzewają w słońcu na drzewach. Bo smak i zapach takich owoców jest zupełnie inny, niż tych , które kupujemy w naszych sklepach. Dojrzewające w transporcie bez słońca, nie mają słodyczy i aromatu. Doświadczyłam takiej różnicy w czasach PRL, kiedy rozkoszowałam się soczystymi brzoskwiniami w Bułgarii. Sok spływał po dłoniach.
Jednak październik w Albanii, to nie czas na zbiory. Robi się to dopiero w miesiącach zimowych. Na oliwki też za wcześnie, ale drzewami oliwnymi zachwycać się można zawsze. Uważane są tam za bogactwo narodowe. W tym małym kraju, porównywalnym powierzchnią do województwa wielkopolskiego, jest ich podobno ponad półtora miliona z czego najstarsze mają trzy, a nawet prawie cztery tysiące lat. Ciągle też sadzi się nowe.
Rosną wzdłuż ulic, na stokach i wszędzie tam, gdzie jeszcze ich nie wycięto.
Trudno sobie wyobrazić ile mają w sobie informacji, których nie sposób wydobyć. Patrzyłam na nie z szacunkiem i z tkliwością, dotykałam ich poskręcanej mocnej kory. Chropowata, głęboko spękana, szorstka, jakby cała była opowieścią. Tajemnicą i historią. Mimo, że widziałam gaje oliwne dawno temu we Włoszech, to ciągle są dla mnie świętością.
.Niestety, świat pędzi dzisiaj w kierunku zysków i bogactwa z którymi Natura przegrywa. Albania wygląda jak wielki plac budowy. Mocno mnie to zaskoczyło, bo opinia jest, ze to raczej kraj biedny. Maszyny wgryzają się w skały, wycina się drzewa, niszczy przyrodę i buduje, buduje, szokująco dużo, budynek przy budynku.
Obserwując w czasie pobytu tempo pracy, to myślę, że za dwa , trzy lata będzie to bardzo droga, ekskluzywna Riwiera Jońska. Albania ma bardzo dobre surowce, widać też , że nowoczesne technologie i sądzę, że dobrych wykonawców, bo bogaty inwestor nie pozwoli sobie na partacką robotę. Na biedzie powstaje coś bardzo okazałego.
Rosną luksusowe wille, hotele i pensjonaty. Jest pięknie; szkło marmury. Inwestują nie tylko Albańczycy, ale wchodzi tam też dość agresywnie kapitał zagraniczny. Czy wszyscy się z tego cieszą? Zapewne nie.
Doskonałe są też drogi, nawet te górskie serpentyny pnące się do nieba, niemal 1700 m n.p.m. Cudowne uczucie, kiedy ma się świadomość, że to prawie wierzchołek góry. Mieliśmy fantastycznego młodego kierowcę Albańczyka. Wirtuoz kierownicy. Byłam zachwycona.