DZIEŃ BABCI I DZIEŃ DZIADKA

Bo najważniejsze w życiu to, żeby iść zawsze w stronę słońca, żeby upływające lata nie wprawiały w smutek. Cudownie jest być młodym, ale czy ktoś to docenia, czy w ogóle się o tym myśli?

Dopiero jak blisko do setki, to robi się markotno, chociaż  niepotrzebnie, bo wtedy dostajemy od życia wspaniałą możliwość bycia babcią i dziadkiem. Wtedy dostajemy najpiękniejsze dowody miłości w formie pisanych , albo rysowanych sercem, laurek. Nie te z marketów, które kupuje się w biegu miedzy różnymi zajęciami, bo “wypada “dołączyć do życzeń czy prezentu, ale takie zrobione własnoręcznie, czasami mozolnie, pełne uczuć i dobrych myśli, a potem wręczane z przejęciem i wierszykami  “Babciu, babciu coś ci dam, jedno serce, które mam, a w tym sercu róży kwiat, babciu, babciu, żyj sto lat”. To chyba najszczersze życzenia  jakie w życiu dostajemy. Cieszmy się tą chwilą.

TRZECIA DAWKA PFIZERA

Jako pierwsza z całej rodziny jestem po trzeciej dawce szczepienia przeciw Covidowi, ale bez skutków ubocznych, jak się to zdarzyło u posła PO Bartłomieja Sienkiewicza. W Rządzie to albo choroba filipińska, albo obowiązki tak przygniatają, że kolana się gną. Na szczęście nie jestem na eksponowanym stanowisku.

Wracając do mojego szczepienia, to trzymam się Pfizera, bo informacje do których mam dostęp i intuicja podpowiadają mi, że to dobry wybór. Niestety przesuwałam termin z przyczyn niezależnych ode mnie. Teraz wyznaczono mi  2.02.2022, ale chciałam realizację przyspieszyć, dopóki jestem w dobrej kondycji. Każda, nawet niewielka niedyspozycja jest przeciwwskazaniem, więc chcę to zrobić z biegu, kiedy nic mi nie dolega. Przeszukałam punkty blisko miejsca zamieszkania gdzie mogłabym  zaszczepić się natychmiast. Nie było problemu. W ciągu pół godziny miałam to za sobą.

Przy okazji odkryłam, że mój słoń ze SŁOWIANKI też chyba był po trzeciej dawce. Tylko czy było to szczepienie? Ale reakcje jakieś takie podobne… hmmm. A może był tylko przeciążony obowiązkami? Odpowiedź w książce Bartłomieja Wagnera.

 Nowoczesna przychodnia, czysto, wszystko w reżimie sanitarnym. Pani sprzątająca, bez chwili odpoczynku, przeciera klamki, podłogi i wszystko czego się dotyka. Ciężka praca. Pandemia pomnożyła obowiązki. Budynek po remoncie. Pamiętam go jeszcze z czasów PRL, odrapane  ściany, małe okna i ponure sale. Teraz przestrzenne gabinety i korytarze wyłożone jasnym nowoczesnym PCV.  W pierwszym pomieszczeniu stoliki z przygotowanymi deklaracjami, ankietą i czystą kartą pacjenta. W gabinecie drugim rejestracja, gabinet trzeci to kwalifikacja do szczepienia i uzupełnienie wywiadu. W gabinecie czwartym szczepienie. Potem zalecane piętnaście minut w poczekalni, gdyby coś się przydarzyło, np. zakręciło się w głowie… 😉

Nie było kolejki, ale chętnych ciągle przybywało. Myślę, że to dzięki tak rozłożonej pracy. W poprzednim miejscu, gdzie miałam pierwszą i drugą dawkę, kolejka była spora, ale i wszystko odbywało się w jednym gabinecie.

Po szczepieniu poczułam się zdecydowanie dobrze i spokojnie, że mam to za sobą. Skutki poszczepienne były jak po każdej innej szczepionce. Przez kilkanaście godzin lekki stan podgorączkowy i brak apetytu, co akurat w moim przypadku jest dość korzystne 🙂

Nie mam pewności, że uchroni mnie w stu procentach, bo i nikt o tym nie zapewnia. Żadna szczepionka takiej gwarancji nie daje, ale wolę mieć nadzieję, że będzie dobrze, niż ciągle myśleć, że mogę znowu zachorować. Covid, rok temu, dał mi się porządnie we znaki i skutki tej bardzo ciężkiej, w moim przypadku, choroby, odczuwałam przez kolejne dwanaście miesięcy. Wtedy jeszcze nie było szczepień, więc jak jest możliwość, to korzystam i chronię się.

Tak jak wszystkim, brakuje mi normalności, swobodnego poruszania się, wycieczek, kontaktów i oby nastąpiło to szybko. Ja zrobiłam i robię chyba wszystko, żeby do tego doszło.

SNY MALOWANE czyli mój sposób na (do)życie