KS. BONIECKI W ARTSALONIE w Wesołej

 

WSZYSTKIE ZDJĘCIA SĄ WŁASNOŚCIĄ AUTORKI BLOGU (użyłam takiej formy dopóki nie sprecyzowano, czy powinno być „bloga” czy „blogu”)

3 września 2017, to kolejne spotkanie u państwa Kozerskich w Salonie Literackim  w Wesołej. Nie zawsze udaje mi się tam być, ale staram się rezerwować ostatnią niedzielę miesiąca właśnie na te cykliczne spotkania. Tradycyjnie śpiewamy razem na przywitanie hymn Salonu do słów Iwony Buczkowskiej , poetki z SAPu. Akompaniuje na pianinie prof. Żukowski melodią, której jest twórcą, rozpoczynającą kiedyś Podwieczorek przy mikrofonie.

Gospodarze, państwo Kozerscy dokładają wszelkich starań, żeby wszyscy czuli się tu rodzinnie. I tak jest. Renata Kozerska, czarująca gospodyni, opracowuje program i prowadzi spotkania.

A utrwala to wszystko swoim humorystycznym zapisem w Kronice Salonu, Poeta i satyryk z Kielc , Bogumił Wtorkiewicz, z którym palujemy współpracę na moim blogu.

Gościem dzisiejszego wieczoru w Wesołej, był ks. Adam Boniecki.

fot. W. Kulesz

Odpowiadał na pytania, opowiadał o swojej pracy redaktora Tygodnika Powszechnego, a  na zakończenie spotkania podpisywał swoje książki.

Z programem artystycznym wystąpiła Anna Tkaczyk i Adam Tkaczyk.

Wykonywali piosenki z autorską muzyką do wierszy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Wieczór mijał szybko, za szybko… i znowu trzeba się było rozstać.

CZĘSTOCHOWA po latach

Tym razem kierunek Częstochowa, bo jeszcze w miarę dobra pogoda i szkoda siedzieć w domu.

Byliśmy tam wiele lat temu.Jeszcze przed ślubem, na motocyklu. To chyba tradycja rodzinna, ta Częstochowa, bo moi rodzice też byli przed zawarciem związku małżeńskiego na Jasnej Górze. Przeglądam zdjęcia z roku 1939. Chyba niewiele się tam zmieniło.

 

W klasztorze jasnogórskim mieliśmy zaprzyjaźnionego brata Paulina, który oprowadził nas po Jasnej Górze i klasztorze, a potem zaprosił na obiad przygotowany przez zakonników.

Nasz przyjaciel to uroczy człowiek z poczuciem humoru. Nie wiem czy byliśmy tak głodni czy obiad był tak doskonały, bo smak pieczeni i sosu pamiętam do dzisiaj.

Z bratem Mietkiem długo utrzymywaliśmy kontakt. Bywał czasami w Warszawie, a potem wysłano go na studia do Rzymu. Pisał do nas nawet z Kuwejtu, gdzie był kapelanem wojskowym. Pisał że jesteśmy w jego codziennych modlitwach, ale kiedyś  kontakt się urwał. Próbowałam go odszukać. Na razie bez efektu. No i dzisiaj wspomnienia powróciły. Szliśmy tą samą drogą jak przed laty, zasłuchani wtedy w jego opowiadania, ale było tam zupełnie inaczej.

Sam klasztor się nie zmienił.

Ale wokół sporo przybyło.

Parkingi, uliczki, pamiątki i szybkie jedzeniem. Może i dobrze, bo codziennie są tam tłumy ludzi. W kaplicy z Cudownym Obrazem jest tak ciasno, że z trudem się oddycha i o zdjęciach mowy nie ma.

 

SNY MALOWANE czyli mój sposób na (do)życie