Zaskakująca śmierć

Już wiele bliskich mi osób otarło się o koronawirusa. Jednym udało się go pokonać, innym nie. Taką też wiadomość otrzymałam dzisiaj rano. Zmarł nasz przyjaciel z czasów szkolnych, który był w późniejszych latach świadkiem na naszym ślubie. Każda śmierć jest zaskakująca, ale im bliższa osoba, tym bardziej to odczuwamy.

W tym przypadku pojawił się dodatkowo żal do wszystkich sceptyków, którzy kwestionują istnienie wirusa, a również do tych, którzy lekceważą zalecane środki ostrożności, bo każda śmierć i każde zachorowanie , to mniej lub bardziej pośredni tego wpływ.

Dwa tygodnie temu zmarła z powodu zakażenia Covidem pielęgniarka, którą znałam z widzenia co wyzwoliło podobne myśli.

Lekceważenie zagrożenia przez wielu ludzi to brak szacunku i zrozumienia dla służby zdrowia. Czy to możliwe, żeby nie zdawali sobie sprawy, że pośrednio również przyczyniają się do większego wysiłku i zagrożenia zdrowia i życia służb medycznych?

SYN RYBAKA WILIS ŁACIS

Syn rybaka, to powieść z czasów przedwojennych, rosyjskiego pisarza Wilisa Łacisa. Nie wiem jak znalazła się w rodzinnym zbiorze i przeleżała  ponad siedemdziesiąt lat przekładana z półki na półkę.

Tak było i tym razem, kiedy zabrałam się do porządkowania i remanentu, wymuszonego przez pandemię dla wypełnienia czasu w domu. Postanowiłam odchudzić regały z książkami, ale zanim którąkolwiek  oddam, to przeglądam, albo czytam. I znowu wpadł mi w ręce Syn rybaka. Powieść komunistycznego pisarza nie zachęcała, ale Rosja pasjonuje mnie od dawna, więc postanowiłam chociaż przejrzeć. Niespodziewanie zafascynowała mnie od  pierwszej strony i przepadłam. Czyta się lekko, nie ma nużących opisów, bo słowa są tak dobrane, że ich wieloznaczność maluje w myśli obrazy jak na filmie.

Opisane jest  codzienne życie mieszkańców łotewskiej, nadmorskiej wioski, położonej blisko Rygi. W większości są to rybacy, bo łowienie ryb było  podstawą utrzymania. Przy tej okazji czytamy jak się ubierali, czym się żywili, jak spędzali wolny czas i jak ogromny był wysiłek tych ludzi pracujących na morzu, a jak niewiele mieli z tego, wykorzystywani przez pracodawców.

I to jest  myśl przewodnia powieści, jak i proces tworzenia spółdzielni, jak w tym wszystkim piętrzyła się korupcja, ścierała uczciwość z mataczeniem i jak ludzie nie potrafią oprzeć się chęci osiągania  zysków dla siebie. Manipulacja, pomawianie niczym nie różniła się od dzisiejszych hejtów. Bez istnienia internetu wszystko rozchodziło się równie szybko jak obecnie, tylko w mniejszych środowiskach, ale czyniąc takie samo zło.

Powieść napisana w 1934 roku, a w zasadzie nic się nie zmieniło przez te sto lat. Dzisiaj dzieje się podobnie.  Pamiętam jak  w PRL-u padały polskie zakłady, a mechanizm sztucznie wywołanych upadłości był identyczny.

Na tle codzienności wsi rybackiej pokazane są intrygi, plotki, zazdrość o sukcesy. Jest czarny charakter, jest i pozytywny, przesadnie wybielony, rozważny, jak to zwykle w baśniach rosyjskich. Jest i wątek miłosny, rozwijający się subtelnie od początku,  baśniowy i emocjonujący, tak różny, od często trywialnie przedstawianego,  we współczesnej literaturze.

Oczywiście, sukces odnosi postać o  wyidealizowanym charakterze,  bez którego spółdzielnia nie jest w stanie istnieć i epilog wyraźnie oscyluje w stronę propagandy komunistycznej tak przesadnie, że psuje trochę wrażenia jakie towarzyszyły przez cały czas czytania powieści, ale to drobiazg.

Jeszcze coś  wzbudziło mój niesmak. Autor w postać złodzieja wcielił akurat Polaka, choć z akcji to nie wynikało.  Wilis Łacis mógł spokojnie pominąć narodowość, bez uszczerbku dla treści, ale widocznie miał jakiś cel. Ja to skwituję, ze przyganiał kocioł garnkowi.

Pomijając ten szczegół, to przyznam, że tak ciekawej powieści dawno nie czytałam. I ona oczywiście pozostanie w moich zbiorach.

MIMO WSZYSTKO

Ile jeszcze trzeba zachorowań, zgonów, wyczerpanych lekarzy, paraliżu służby zdrowia, żeby wszyscy zdali sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Mam wrażenie, że  nawołujący do wychodzenia z domów, podważający istnienie koronawirusa i rozpuszczający nieprawdziwe o nim informacje, mają konkretny cel. Cel, który ważniejszy jest od naszego bezpieczeństwa, a manipulować ludźmi nie jest trudno. Jestem ogromnie zaniepokojona wyczerpaną służbą zdrowia i nie rozumiem kwestionowania obostrzeń. Wielu oburza się, że noszenie maseczek ogranicza ich wolność, a przepraszam, noszenie majtek czy spodni, nie ogranicza? To chyba normalne, że jak pada deszcz, to rozkładamy parasol, a jak jest infekcja, to zakładamy maseczki i to powinien być nawyk. Całe nasze życie, to dostosowywanie się do czegoś lub kogoś wynikające z kultury, miejsca zamieszkania, układów rodzinnych czy towarzyskich…

W bardzo trudnej sytuacji się znaleźliśmy. Kiedyś interesowały mnie przepowiednie dla świata, dla Polski. Mam sporo wydawnictw, dużo o tym czytałam i mam wrażenie, że zaczynają się spełniać, ale nie tracę nadziei, że wszystko jakoś się poukłada.

 

SNY MALOWANE czyli mój sposób na (do)życie