Archiwa tagu: czytam książki Anna Kulesz

ZAPISKI OFICERA ARMII CZERWONEJ – Sergiusz Piasecki

Jestem na świeżo po dobrej lekturze. „Zapiski oficera Armii Czerwonej” Sergiusza Piaseckiego, to opowieść, ale tez dokument, bo autor pokazuje to, co dzisiaj nie jest już tajemnicą i o czym mówi historia. Znam to też z przekazów rodziny i znajomych, którzy byli świadkami sytuacji podobnych do opisywanych w książce.

Polska była postrzegana przez Rosjan jak zepsuty , bogaty Zachód, gdzie są tylko panowie, burżuazja i faszyści. Ups! skąd ja to znam… gdzie to wybrzmiewa w dzisiejszych czasach… Mentalność Rosjan jest ciągle taka sama, choć zmienia nieco formy, bo i świat się zmienia. Jednak propaganda i odcięcie od informacji daje dezinformację. Polacy też niewiele o świecie wiedzieli w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku.  Z powodu propagandy, która funkcjonuje w Rosji, osiemdziesiąt procent Rosjan   ufa swojemu przywódcy i nie widzi zła jakie on czyni. Analogicznie jest w czasach akcji opowieści. Sergiusz Piasecki, na przykładzie oficera Armii Czerwonej pokazuje sposób myślenia wschodnich sąsiadów, który nie zmienia się od czasów rewolucji 1917 roku w Rosji .

Pokazuje pokrętny, służalczy typ człowieka, któremu propaganda blokuje samodzielne myślenie, a wszystko co swoje, bezkrytycznie uważa za najlepsze, największe i najwspanialsze.  To nie wina tych ludzi, to wina systemu. Piasecki utrzymuje swoją powieść w nieco humorystycznym duchu. Może to dobra forma, bo łagodzi trochę prawdziwe okrucieństwo i nienawiść do Polaków  na Wschodnich Kresach. Trudno pojąć, że mąż zabijał żonę, tylko dlatego, że była Polką. Ten wątek jest w wielu publikacjach i filmach.

Autor opisuje bestialstwo i bezwzględność czerwonoarmistów u których na próżno doszukiwać się odrobiny ludzkich reakcji. Nie okazują litości, ani odrobiny wdzięczności, nawet tym Polakom, którzy uchronili ich przed Niemcami. Przykład prawej Polki, mądrej, wrażliwej Polki, która przygarnęła zagubionego rosyjskiego żołnierza Zubowa, dała jedzenie, pracę, mieszkanie, nowe dokumenty i traktowała go przez trzy lata jak syna, a on , bez żadnych skrupułów oddał ją w ręce rosyjskich oprawców i udał, że jej w ogóle nie zna. Czy można to sobie wyobrazić?

Wyrywkowo wklejam fragmenty, ale powinnam skopiować wszystkie strony, bo każda z nich jest ważna. Ważne i prawdziwe jest wszystko co Piasecki opisał. Ważne ku przestrodze.

Moment w książce ze strony 202 (wyżej), ściska za serce i wyciska łzy, mimo, że tego się spodziewałam na postawie swojej wiedzy. Znam ludzi, którzy takie sytuacje przeżyli, którzy cudem uszli z życiem i strach pozostał na zawsze. Ogromny strach przed mundurem , jakimkolwiek mundurem.

Kiedy Niemcy skapitulowali i wycofywali się z Wilna 14 lipca 1944, to Polacy uciekali przed wchodzącymi Rosjanami „wyzwolicielami”, aż się kurzyło. Kto czym mógł i gdzie mógł. Rosjanie szli brudni, obdarci, głodni. Kradli niszczyli i gwałcili. Moja mama uciekała zapchanym drabiniastym wozem tuż po porodzie, z jednodniowym dzieckiem. Byle dalej od miasta przez które szło wojsko radzieckie. Trudno wyobrazić sobie tamte czasy i trudno pojąć jak lekkomyślne działania dzisiaj są podejmowane. Jak prowokujemy los.

Nic dziwnego, że książka była zakazana w czasach powojennych, kiedy władzę mieli polscy komuniści współpracujący z oficerami NKWD. Do takiej grupy należał właśnie Zubow, pierwszoplanowa postać „Zapisków oficera Armii Czerwonej”. Tę książkę obowiązkowo powinni przeczytać młodzi ludzie. I nie tylko tę. Ku przestrodze.

CZŁOWIEK Z BURSZTYNU

Moi bliscy wiedzą, że książki, to prezenty, które sprawiają mi ogromną przyjemność, a z dedykacją od autora, zwielokrotniają ją. I tak zdarzyło się niedawno.

„Człowiek z bursztynu”  Sylwii Winnik i Tomasza Ołdziejewskiego, to opowieść o pasji autora, która stała się jego pracą i życiowym spełnieniem.  Książkę czyta się jednym tchem i nie sposób oderwać się nawet na chwilę. To opowiadanie o całym procesie powstawania dzieł sztuki z bursztynu począwszy od pozyskiwania go, kształtowania w rzeźbę, aż do sukcesu w biciu rekordu Guinnessa (Titanic, Latarnia Morska w Helu). Artysta tworzy bursztynowe dzieła o wadze nawet do kilkudziesięciu kilogramów. Statki, samochody, mapy, zegary, szkatuły, obiekty architektoniczne. Biżuteria przy tym to już tylko drobiazg, aczkolwiek też artystyczne wyroby.  Tomasz Ołdziejewski, to niezwykle zdolny rzeźbiarz. Bursztyniarz, bursztynnik o ogromnych zdolnościach, który swoje życie oddał sztuce. Każdy, kto cokolwiek tworzy potrafi poczuć to, co jest sensem istnienia dla  artysty, dlatego czytając wchodzi się jak gdyby w jego skórę; szukając nocami bursztynów na plaży, marznąć i moknąć w deszczu, odczuwając radość z powstania każdego elementu rzeźby. Tak, tak rodzi sie sztuka. Można nie spać, nie jeść, a być nasyconym pracą przy tworzeniu.

Bardzo polecam tę książkę pełną emocji, piękna, tajemnic Natury, opowieści o przyjaźni i współpracy.

Książka nie tylko przez czas czytania istniała w moim życiu. O bursztynach myślę bardzo często. Na pewno jest to też związane z wieloma pobytami nad morzem, ale była też emocja w dzieciństwie związana z bursztynem królewskim, który urzekał mnie na szyi mojej eleganckiej ciotki. To były spore szlifowane kulki w żółtym kolorze. Pewnie komuś podarowała, bo później już ich nie widziałam. Ale kilkanaście lat temu spotkała mnie ogromna niespodzianka. Koleżanka, która wiedziała o moim sentymencie do jantaru podarowała mi sznur polerowanych miodowych ze słowami „to na początek, dopóki nie spełnisz marzenia o tych żółtych”. To było ogromne zaskoczenie. Tych królewskich w realu nie mam, ale zrobiłam sobie przyjemność inaczej, za pomocą AI. Ona spełnia wszystkie pragnienia. Wirtualny okaz to też frajda :))

foto z arch. Anna Kulesz

Pajęczyna Syndrom Bezpieki – BARBARA STANISŁAWCZYK, DARIUSZ WILCZAK

Znowu całkiem przypadkiem wpadła mi w ręce niezwykle ciekawa książka, Pajęczyna Syndrom Bezpieki, autorstwa Barbary Stanisławczyk i Dariusza Wilczaka . Przypadkiem, bo leżała na stercie  książek w bibliotece, czekających na rozłożenie na półki. Mogłam na nią nigdy nie trafić, gdyby była juz na swoim miejscu, ale…

Pochłonęłam ją w kilka godzin, bo nie czytam szybko, ale nie mogłam się oderwać.

O swojej pracy opowiadają funkcjonariusze tajnych służb specjalnych SB, działających w Polsce w latach 1956-1990, jako część Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MSW) w okresie PRL. Podstawowym ich działaniem była ochrona i utrzymanie rządu komunistycznego przy władzy, opierającym się na dokładnej kontroli społeczeństwa. To czas przypadający na lata, kiedy byłam już świadomym człowiekiem. Działania, których na codzień doświadczaliśmy wszyscy, to był maleńki procent działalności tej machiny. Z książki dowiedziałam się, jak bardzo aparat bezpieczeństwa był rozbudowany. Wiele osób namawiano przy każdej okazji do donoszenia na sąsiadów, znajomych, a nawet rodzinę i wielu szło na tę współpracę. Nawet nie z własnej woli, ale pod wpływem szantażu, bo na każdego można  coś znaleźć, a jak nie, to zorganizować prowokację,  spreparować dowody. Ludzie tak bardzo nie ufali sobie, że nawet w pracy wywiadowczej agent kontrolował  agenta. Paranoja. W zwykłym życiu trzeba było uważać co się mówi.

Ludzie byli nieufni, podejrzliwi. Ci, którzy mieli w miarę dobrą pracę, a byli wierzący, nie chodzili do kościoła, bo władza tego zakazywała i w przypadku doniesienia, groziło to utratą zatrudnienia. To tylko jedna z typowych przypadków. Generalnie wszyscy się wszystkiego bali.

W treści książki poruszane są znane mi z tamtych lat sytuacje, co do których miałam wątpliwości, a rozwiały się po jej przeczytaniu. Wspomniany jest m.in. rok 1968 na UW i Paweł Jasienica, publicysta, historyk, patriota. Nie wiedziałam, że zmarł w sposób nienaturalny, ale pamiętam, że jego książki były zakazane. Jakimś cudem udało mi się nabyć wtedy cztery tomy Historii Polski jego autorstwa.

O przywilejach , symbolicznych cenach za luksusowe towary,  przyjęciach w drogich restauracjach i hotelach za które nie płacili pracownicy resortu, wiedzieliśmy już wtedy z plotek, ale o tym, że sprawdzano prawie całą prywatną korespondencję rozklejając koperty za pomocą specjalnej parownicy, nie miałam pojęcia. W każdym urzędzie pocztowym był agent. Tak, listy budziły nieraz podejrzenia, bo ginęły banknoty, które wtedy często wysyłano w korespondencji. Czy po ponad pół wieku coś się zmieniło? Tak, środki przekazu, a kontrola i identyfikacja jest dużo prostsza.

Na stronie 130 agent Krzysztof R. emeryt od roku 1984, opowiada o swoim życiu. To przejmujący opis losu dziecka tamtych czasów na ziemiach wschodnich. Urodził się we Lwowie i wychowywał jakiś czas w zakładzie dla podrzutków. Urodziła go szesnastolatka, która zaszła w ciążę z właścicielem majątku , gdzie była służącą. Ojciec dziecka nie uznał, dziewczynę wyrzucił, a ona bez środków do życia zmuszona była oddać niemowlę do ośrodka.

O Rakowieckiej też niewiele się wiedziało, chociaż była w świadomości chyba wszystkich i strach przed samą nazwą. Książka ujawnia, że praca tam była oparta głównie na braku zaufania, wszyscy się śledzili, podejrzewali.

Wielu agentów Departamentu I MSW nie wytrzymywało psychicznie. Takich się pozbywano na różne sposoby, np. wysyłano na kilka miesięcy do sanatorium, wysyłano na emeryturę, ale trzeba mieć świadomość, że agentem jest się do końca życia , nawet na emeryturze.  

Oczywiście kolejne rządy w Polsce były z różnych opcji, więc na przestrzeni lat wszystko się zmieniało, ale huśtawka trwać będzie zawsze, bo zawsze ktoś będzie przeciw, albo za czymś.