
Wylatujemy z lotniska w Modlinie. Jest już dość chłodno, ale to przecież październik. Grzeją nas emocje. Bardzo chciałam zobaczyć kraj, w którym rosną palmy, a pomarańcze, granaty i banany dojrzewają w słońcu na drzewach. Bo smak i zapach takich owoców jest zupełnie inny, niż tych , które zrywa się zielone i transportuje w świat. Miałam okazję doświadczyć takiej różnicy w czasach PRL, kiedy rozkoszowałam się soczystymi brzoskwiniami w Bułgarii.

Jednak październik w Albanii, to nie czas na zbiory. Robi się to dopiero w miesiącach zimowych. Na oliwki też za wcześnie, ale zachwycać się można ciągle drzewami oliwnymi, które uważane są tam za bogactwo narodowe. W tym małym kraju jest ich podobno ponad półtora miliona z czego najstarsze mają trzy, a nawet prawie cztery tysiące lat. Ciągle też sadzi się nowe.

Drzewa oliwne rosną wzdłuż ulic, na stokach i wszędzie tam, gdzie jeszcze ich nie wycięto.

Trudno sobie wyobrazić ile mają w sobie informacji, których nie sposób wydobyć. Patrzyłam na nie z szacunkiem i tkliwością, dotykałam ich poskręcanej mocnej kory. Chropowata, głęboko spękana, szorstka, jakby cała była opowieścią. Tajemnica i historia.

.Niestety, świat pędzi dzisiaj w kierunku zysków, bogactwa i Natura przegrywa. Albania wygląda jak wielki plac budowy. Maszyny wgryzają się w skały, wycina się drzewa, niszczy przyrodę i buduje, buduje… budynek przy budynku.

Powstają luksusowe hotele i pensjonaty. Jest pięknie; szkło marmury. Inwestują nie tylko Albańczycy, ale sporo jest inwestycji zagranicznych. Czy wszyscy się z tego cieszą? Zapewne nie.
