Archiwa tagu: albańska kuchnia

ALBANIA CZĘŚĆ II – KUCHNIA

Lubię poznawać nowe miejsca, a wśród nich są takie, za którymi tęsknię, ale też i takie, do których, po zaspokojonej ciekawości nie mam już ochoty wracać. Albania jest na tej drugiej liście ze względu na kuchnię, w której dominują ryby, owoce morza i owcze mięso, czyli wszystko to, czego w ogóle nie jadam. Wobec powyższego obiadokolacje podczas pobytu zastępowałam chlebem z masłem i miodem. Na śniadanie można było sobie wybrać ze szwedzkiego stołu jajka sadzone, jajka gotowane, mocno przypieczone kawałki kiełbasek, oczywiście baranich, suchy biały mocno słony ser, jogurt, krojone warzywa (ogórek, pomidor, sałata, cebula), ciasto i inne regionalne słodkie lub słone wypieki ze zwykłego i francuskiego ciasta. Jajka jem sporadycznie, więc po dwóch dniach nasyciłam się nimi do dzisiaj. Dwa razy były pyszne rogaliki, ale one cieszyły się tak dużym powodzeniem, że więcej się nie pojawiły. Podobnie jak opiekana zielona papryka , którą uwielbiam, a która zaistniała tylko dwa razy. Czerwonej w ogóle nie było. A to właśnie jest mój przysmak. Poznałam ją w czasach PRL podczas pobytu w Bułgarii. Tam mogłam się nią rozkoszować bez umiaru, ale w Polsce uprawa i stosowanie w kuchni zaczęło się dopiero w latach 80. XX wieku. Tam też zaczęłam używać olej, bo bułgarski słonecznikowy diametralnie różnił się od używanego polskiego, który miał zawsze posmak tranu. Ale wracam do albańskich potraw.

Choć menu nie było dla mnie, to cenię to, że jadłospis był typowy dla tamtego kraju, bo przecież po to się wyjeżdża w inne strony świata, żeby świata smaki poznawać. W górach jada się tam więcej mięsa. Dominuje oczywiście , owcze, więc i ten region nie dla mnie.

Na fotce obiadokolacja. Po tym co już napisałam, wiadomo, że poprosiłam o zamianę na inne danie. Strzał był nietrafiony, bo dostałam spaghetti, ale z… mieloną baraniną. 🙁 Nie, nie byłam głodna, bo to danie zamieniłam znowu na chleb z masłem i miodem. Na tych podmiankach „zyskałam” dwa kilogramy z którymi teraz intensywnie walczę.

Albańczycy są bardzo mili i naprawdę było mi przykro i czułam się nieswojo, zostawiając wszystkie dania nietknięte, ale dogadać się z nimi bardzo trudno, bo ani angielski, ani rosyjski. Pozostawało wymachiwanie rękami, dziwne gesty i pojedyncze słowa polskie i albańskie, których wymowa sprawiała trudność im i nam. Jednak wszyscy się tam uśmiechają , kiwają głowami i choć odwrotnie niż u nas, to udawanie, że się doskonale zrozumieliśmy nie było przesadne, bo jakimś cudem rzeczywiście osiągaliśmy porozumienie, Czasami bywało śmiesznie.

Któregoś dnia już rano zapowiedziano grillowaną jagnięcinę na obiadokolację. Nawet się ucieszyłam, bo wyobraźnia podpowiedziała, że to pewnie jak cielęcina, którą bardzo lubię i często robię. Delikatna, subtelna, jakby z lekką mleczną nutą, może nawet nieco słodkawa. Nie potrzebuje wielu przypraw. Dodaję do niej tylko odrobinę soli, jakieś zioło lub natkę pietruszki i śmietanę. Cały dzień nastawiałam się, że w końcu coś będzie dla mnie, ale radość była przedwczesna, bo nawet jednego kęsa na spróbowanie nie udało mi się odkroić, ani oderwać. Jagnięcina była tak twarda i żylasta, że nikt z grupy nie odniósł zwycięstwa. Została nietknięta na talerzach i półmiskach.

W krajach bałkańskich mięso raczej nie jest marynowane, ale pieczone „na żywo”, choć owszem Albańczycy moczą je w kwaśnym mleku czy jogurcie przez całą noc dla zmiękczenia, ale przy żywieniu zbiorowym czasu na to przecież nie ma.. Być może stołówki skracają sobie czas przygotowania i dlatego mięso jest twarde i suche.

Było jednak coś, co zdecydowanie określam jako znakomite. To tort.

Zrobiony był prawie z samego kremu w dwóch warstwach o różnym smaku i bardzo mocno schłodzony, ale podczas jedzenia szybko zmieniał się w puszystą wyśmienitą masę. Po prostu mnie zachwycił. Cieniutka warstwa ciasta przełamywała delikatnie słodycz kremu. Rewelacja.