było to dawno z pół wieku temu na jednej z ulic otwockich kresów w świdermajerze w willi drewnianej w czwartki sąsiadki miały spotkania często też bywał proboszcz z parafii zabawiał panie tak jak potrafił sapiąc w fotelu siadał plecionym bo brzuch obciążał bolące nogi sutanny guzik z napięcia pękał kiedy kolejne zjadał ciasteczka żartował słuchał śmiesznych nowinek aż do momentu kiedy godzinę wieściły dzwony na mszę wieczorną zrywał się wówczas żegnał z pokorą mijał furteczkę która w lip cieniu przysłuchiwała się pszczół brzęczeniu wiekowe drzewa związane były z długą historią tejże rodziny bo gospodyni owej posesji wychowywała tu swoje dzieci wnuka kochała nad wszelką miarę z córką kontaktu nie miała wcale więc się oboje mocno wspierali rekompensując matki niedbałość niezwykle dobra była ta pani miała przyjaciół wielu oddanych siwe jej włosy spinała klamra dla wnuka chciała być tak jak mama lecz przyszła chwila dla wszystkich straszna bo nagle zmarła przemiła babcia werandę cisza smutku oplotła okiennicami zakryto okna nikt nie zaparzy już tam herbaty z zapachem miodu lipowych kwiatów w niedługim czasie wstrząs przeżyliśmy bo wnuczek wyrok wydał na lipy i w kilka godzin z maszyn warczeniem wyrwano drzewa i ich korzenie serca mieszkańców wypełniał smutek gdy pnie ciągnięto w łańcuchy skute zamiast drzew starych brama stanęła i rozebrano świdermajera wnukowi w życiu już się nie wiodło ciągłe kłopoty miał z byłą żoną pasmo awantur sprzeczki choroba tak się skończyła historia owa