Archiwa tagu: koronawirus – czas na zmiany

KORONAWIRUS – czas na zmiany

Ustała całkowicie moja aktywność artystyczna z powodu epidemii. Brakuje mi śpiewania, brakuje mi kontaktu z ludźmi, spotkań na próbach. Pozostały zdjęcia z występów, wspomnienia, więc wspominam

fot. z występu o Jesieninie w Klubie Batory Otwock

i siedzę w domu świadoma zagrożenia. Bardziej  może świadoma, niż inni dla których bakterie i wirusy, to abstrakcja. Ja poznałam ten niewidzialny świat pracując  wiele lat w bakteriologii, ale rozumiem trochę takie beztroskie podejście, bo niby jak sobie wyobrazić, że istnieje  coś czego nie widać i nie słychać. Jednak liczba chorych w innych krajach i gwałtownie narastające zarażenia, powinny pobudzić czujność. Ogromna część Polaków zdaje sobie z tego sprawę, zachowuje ostrożność, ale wielu ignoruje to i spotyka się w dużych grupach przy ogniskach, na plażach nad Wisłą, czy spacerach w różnych miejscach. Wielu też robi bezsensowne wpisy w sieci, chyba tylko po to, żeby straszyć innych.

Siedzę w domu od tygodnia i staram się przystosować do nowych warunków. Nigdy nie miałam z tym kłopotu i zawsze  szybko znajduję zajęcia, które sprawiają mi przyjemność i wypełniają czas.  Ucieszyło mnie, że mam go teraz dużo np. na porządki w ogrodzie. Bardzo tego nie lubię, ale jestem zadowolona, że zmusiła mnie sytuacja, bo na przyjście wiosny będzie pięknie wysprzątane.

Mimo, że nie jest to typowy  ogród, tylko kawałek sosnowego lasu na piaszczystym terenie, gdzie nic nie chce rosnąć, to jednak utrzymanie go w ryzach wymaga bardzo dużo pracy.

Pracy syzyfowej, która nigdy nie ma końca, bo liście i kolki spadają przez cały rok. Przycinanie dzikich krzewów, grabienie liści,

pakowanie w worki,

robić trzeba na okrągło. A skąd te liście skoro  drzewa iglaste?  A no właśnie… nie moje, a grabić muszę, bo przywiewa je wiatr zza ogrodzenia. Rosną w pasie zielni wzdłuż ulicy i mimo mojej niewygody, to dobrze, że są, bo zatrzymują trochę spaliny.

Siedzimy w domu całą rodziną, więc i w prace ogródkowe angażujemy się wszyscy. Więcej ze sobą rozmawiamy, bo przy grabieniu nikt nie pyka w  smartfon. Jesteśmy spokojni i dopisuje humor, bo nikt nigdzie się nie spieszy. Wszystko ma swoje plusy dodatnie i  plusy  ujemne, jak mawiał nasz były prezydent. Ja we wszystkim wyszukuję tych dobrych stron.

Jak tylko zrobi się cieplej to kupię na bazarze jednoroczne kwiatki i posadzę je gdzie się tylko da, poustawiam w donicach, żeby było weselej, ale na to jeszcze za wcześnie, bo mróz lubi robić niespodzianki. Zwykle czekam z tym do zimnej  Zośki.

A na razie  robię  miejsce i przestrzeń dla konwalii , które rozrosły się już po całym terenie i pokryją cały ogród zielonym dywanem, a wokół rozchodzić się będzie obezwładniająca słodka woń kwiatów.

Usuwam  więc cierpliwie grubą warstwę liści, kolek i szyszek. Szyszki  zrzucają wiewiórki wyjadając z nich nasiona. Przyjemnie popatrzeć jak ganiają się po  drzewach i zabierają podkładane im orzechy.

Taki naturalny ogród ma nadzwyczaj dużo uroku.  Przyjemnie też  odkrywać pod warstwą grabionych  liści, wschodzące   listki  konwalii. Bez dostępu światła mają  barwę ostrej zieleni, która szybko ciemnieje pod wpływem slońca.

Tam, gdzie nie dotarły jeszcze konwalie,  płoży się  i rozrasta szybko barwinek i roślina, której nazwy nie znam. Barwinek wykorzystuję do ozdabiania  wielkanocnego  stołu  i świątecznych potraw. W tym czasie  kwitną też forsycje, więc wazony w mieszkaniu mam  pełne słońca.

Bluszcz na zimę nie traci barwy, ale zasypia. Ciepła zima w tym roku sprawiła, że szybko  ożył i wspina się po  pniach drzew z dziką winoroślą. Porósł pień ogromnej, ponad stuletniej jodły, którą obserwuję z niepokojem w czasie wichury, bo jodła ma płytko korzenie, a stoi tuż przy domu. Kiedyś był tu teren gęsto  zalesiony. Do dzisiaj na wycięcie nawet obumarłego drzewa, trzeba mieć pisemne pozwolenie. A jodła jest soczysta i imponująca.

Pod grabionymi liśćmi znajduję jeszcze teraz grzyby, których zapewne nie zauważyłam na jesieni. Bardziej widoczne były wtedy opieńki, ale  one już dawno wylądowały w słoikach, a chyba nawet w żołądkach, bo jakoś półki w piwnicy opustoszały. Zdarza się też, że  przed domem wyrastają „jak grzyby po deszczu” 🙂 … podgrzybki, albo prawdziwek jaki. No to robi mu się zdjęcie. Niech się poczuje modelem.

I tak przymusowe siedzenie w domu przekładam na kontakt z przyrodą, a  praca na powietrzu przynosi same korzyści. Ruch utrzymuje dobrą kondycję fizyczną, reguluje wagę,  poziom cukru , zapewnia spokój i doskonałe zasypianie.

Nie mam też kłopotu z nagromadzonymi zapasami, bo ich po prostu nie zrobiłam. Nie  uległam panice . Nie mam  kasz, makaronów i słodyczy, więc nie muszę ich na siłę konsumować i wpychać rodzinie. Jemy tak jak zwykle, czyli jemy przede wszystkim zupy. Kucharzenie nie jest moją pasją, ale uwielbiam gotowanie zup. Mam niezliczoną ilość pomysłów , ale bazą jest zawsze ogromna ilość warzyw. Por, seler, marchew i korzeń pietruszki, dużo pietruszki. Kupuję je na bazarze z małych prywatnych upraw. Czasami wszystkie miksuję, jeśli ma to być zupa krem, albo wyjmuję z wywaru i robię sałatki warzywne. Oczywiście nie do każdej pasują wszystkie, ale w większości tak. Potem dopiero dokładam  warzywo, które będzie dominowało.   Czasami gotuję zupy na   kurczaku, a czasami na indyku. Unikam wieprzowiny, która nie jest wskazana dla seniorów, ale grochówka jest zawsze na boczku i pikantna. Dużo majeranku, pachnącego mielonego pieprzu czarnego i  ziela angielskiego z listkiem bobkowym. Pycha!!!

Krupnik można uatrakcyjniać przyprawami ziołowymi. Wtedy nawet sól bywa zbędna. Czasami dodaję estragon, ale mało, bo ma zbyt intensywny zapach, który nie bardzo lubię. Przyznam, że amatorów na te zupy jest wielu, nawet wśród tych, których zupa w zęby kłuje.

Kiedy rezygnuję z mięsa, to dokładam nieco masła 82% , żeby uwolnić witaminy i dodaję więcej przypraw, oczywiście wyłącznie ziołowych. No i do każdej koper, dużo kopru, który mrożę każdego lata .   Dawniej uważano, że zupa to podstawa i  tego się trzymam. Ich wartość odżywcza może całkowicie zastąpić  pierwsze i drugie danie. Moja mama gotowała wspaniale i przekazała mi dużą wiedzę  kulinarną, którą zachowuję w pamięci i ciągle korzystam. Jest bardzo zbieżna z przepisami Pascala, ale inna.Tęsknię za jej obiadami.

W domu mam zawsze kwaszoną kapustę i ogórki które kwaszę sama. Robię sporo słoików co zabiera dużo czasu, więc nie bawię się z gotowaniem wody. Nasze miasto ma ją ze studni głębinowej i jest doskonała. Od zawsze pijemy ją na surowo i nie kupujemy butelkowanej. Głód nam nie grozi. Przetrwaliśmy czasy kryzysowe w PRL, kiedy w sklepach nie było nic, więc teraz zamknięcie w domu przez miesiąc czy dwa, po prostu mnie nie przeraziło, dlatego nie dałam ponieść się panice. Przecież jedzenie w Polsce się marnuje. Mamy i kupujemy go ciągle za dużo i za dużo jemy, a nawet obżeramy się bez potrzeby. Niczego też nie musimy sprowadzać, więc coś w sklepach będzie, a z tego co będzie, przy odrobinie chęci,  można wyczarować cuda. Nic się nikomu nie stanie jak zje przez dwa, trzy dni placki ziemniaczane, czy naleśniki, a nawet chleb z dżemem w najgorszym przypadku. Przecież epidemia nie będzie trwała wiecznie.   Ludzie sami się nakręcają dając wiarę fake newsom zamiast  samemu przeanalizować wszystko opierając się na  informacjach , które rzetelnie podają sprawdzone media. Trzeba rozwagi i spokoju. Zdenerwowanie i niepewność nie służą przetrwaniu tego trudnego czasu.