Wszystkie wpisy, których autorem jest Anna Kulesz

SŁOWIANKA cz. 4 podwodny świat

(…) Gdy po przebyciu kilku mil poczuła zmęczenie, złożyła giezło pod krza­kiem i rzuciła się w morską toń. Pływała dobrą godzinę albo i dłużej, nurkując głęboko, wypatrywała pod wodą meduzy, flądry albo diabła morskiego z kostro­patą gębą i wypustką na czole, którą wabi małe rybki na pożarcie, a i z niego sa­mego mieszkańcy Gaulii sporządzają zupę o smaku niebiańskim. Wszak z wodą była oswojona od dzieciństwa, jako że lud, z którego pochodziła, żył od wieków nad wodą, przy wodzie i na wodzie.

A po długim czasie pływania, kiedy wyszła na brzeg czekało na nią kolejne wyzwanie, nieuchwycone przeze mnie ilustracją,  pozwalające na rozwinięcie wyobraźni czytelnika.

(…) Kobieta szybko zarzuciła na siebie luźne odzienie i rozczesując kosy drewnianym grzebieniem, podeszła do miejsca, w którym spodziewała się, że rybacy wyjdą na ląd.
Jakoż łódka wnet zaryła dziobem w piasku w odległości kilku kroków od brzegu. Stary rybak wyrzucił na brzeg kotwicę na długiej linie i pomału wszedł do wody, starając się wyciągnąć kadłub łodzi jak najdalej na piach. Dosia zanurzona po kolana, ramieniem starała się dziadkowi pomóc, ale widno ładunek był zbyt ciężki.
– Poczekajcie, dziadku, na przypływ – zagadnęła go po aramejsku. – Sami tak wyprawiacie się na morze?
– Eucharistos! – rzekł stary, dziękując za pomoc. Słowianka poczuła się raźniej, jako że Grecy okazywali nieco więcej respektu kobietom niż miejscowi, dla których nierzadko wstydem było nawet wdawać się w rozmowę z niewiastą – Rybakuję z synem, ale on nadepnął na jakiegoś jadowitego morskiego stwora i leży nieprzytomny.
Wspólnie z rybakiem wyciągnęli chorego z łódki i złożyli na brzegu. Chłopak oddychał płytko, a źrenice miał zwężone. Trząsł się cały jak w febrze, nie reagując na zawołania. Lewą nogę miał obrzękniętą i siną aż po kolano.

– Kiedy to się stało? – zapytała znachorka.
– Czemu pytasz, niewiasto? Przecie mu nie pomożesz!
Szczęściwa chciała się zaśmiać, ale pomniała na powagę sytuacji.
– Dziadku – rzekła – Los mnie do ciebie przywiódł. Bogowie. Jam jest czarownicą i spróbuję go uzdrowić.Przeraził się stary rybak, albowiem ludzie boją się czarów.
– Nie lękajcie się, dziadku. Jam ludziom życzliwa – uśmiechnęła się szamanka. – Jakże wyglądało owo morskie zwierzę? – zapytała.
– Jak jadowita płaszczka, może na dwie stopy szeroka – rzekł stary z wahaniem.
– Rozpalcie jakiś ogień – rozkazała.
Z uzbieranego naprędce suszu polanego oliwą rybak rozniecił ognisko, na którym w małym kociołku niezadługo zabulgotał wrzątek.
– Dziadku – powiedziała Dosia. – To się nie patrzy na użądlenie rai. Chłopak jest bez zmysłów i ledwie dycha. To meduza.
Istotnie, noga nieszczęśnika pokryta była dookoła rzędami przelicznych drobnych czerwonych punktów. Wspólnie z rybakiem, Słowianka sporządziła z żagla rodzaj namiotu i tam złożyli młodzieńca, który zaczynał już rzucać się w gorączce.
– Nie mamy wiele czasu.

SŁOWIANKA cz.3 w szponach rozbójników

Szczęściwa i Mirko spali pod pałatką snem sprawiedliwych. Nie zbudzili się, gdy przez polanę przemknęło kilka ciemnych zjaw. W kilka chwil oboje mieli zarzucone worki na głowy. Jeszcze chłopak w półśnie dźgnął na oślep nożem do tyłu i najwidoczniej trafił, jako że usłyszał przekleństwo w jakiejś dziwacznej mowie. Po chwili związani siedzieli oklep na koniach, które napastnicy wiedli w nieznane. Niewiasta nie wpadła w panikę. Wszak bywała w poważniejszych tarapatach i z każdej opresji wyszła w miarę szczęśliwie, dzięki swym umiejętnościom, które ludzie uważali za nadprzyrodzone. Martwiła się bardziej o swoich towarzyszy. Ale nieustannie wierzyła w potęgę magii swego zawołania.

(…) Jeńców wieziono nie więcej niż trzy mile. Zostali zsadzeni na ziemię i zdjęto im worki z głów. Rozejrzeli się ciekawie wokół. Obozowisko bandytów stanowiła spora grupa schludnych i porządnych namiotów niespotykanego kroju. Na skraju owej namiotowej osady płonęło kilka ognisk, nad niektórymi z nich wisiały kociołki lub obracało się coś na rożnie. Po obozie kręciły się postacie niewieście. Przy największym palenisku siedział na pniaku, zgadując z ubioru, herszt bandy i pomagając sobie nożem obgryzał wielki barani gnat. Zbójcy pchnęli brańców w jego kierunku. Ten podniósł oczy znad swojej kości i spojrzał na nich badawczo. Znieruchomiał z otwartą gębą, a posiłek wyleciał mu z ręki na zdeptaną trawę. Złoczyńcy widząc poruszenie swego naczelnika obnażyli krzywe pałasze.

– Precz! – rzucił im dowódca. Skonsternowani rabusie odsunęli się o kilka kroków. A on ujął nóż i zbliżył się do kobiety i młodzieńca.

(…) Herszt bandy ukląkł przed Eleutherą i nożem zaczął rozcinać jej pęta.

– Wybaczcie, pani – mitygował się. – Teraz nastały takie parchate czasy, iż najpierw należy bić, a dopiero pytać, kto zacz.

Zaskoczenie było obopólne. Niewiasta rozpoznała w tym człowieku dowódcę Herodowych Sarmatów. Rozejrzawszy się wokół, widziała same znajome gęby. Iluż z nich składała gnaty potłuczone w potyczkach czy zwykłych karczemnych burdach i zszywała rozmaite rany. A na pewno każdemu z nich przynajmniej raz wyleczyła potężny pochmiel, jako że owi żołnierze uwielbiali raczyć się najlepszymi winami bez dodatku wody.

SŁOWIANKA cz.2 uwolniona tajemnica

Eleuthera wyjęła płaty wędzonego mięsa i placki. Były także suszone owoce i miód.
Przywołała młodego sługę.
– Ślebomirze – rzekła. – Nie trza ci już udawać niemowy. Jesteś wśród swoich.
– Wołajcie mnie Mirko, pani. Nie nado1 ludzi drzaźnić butą miana mego – odrzekł składnie chłopak.
Uniosła kobieta brwi w zdziwieniu.
– Nie utraciłeś swady w mowie – stwierdziła raczej, niż zapytała.
– Czyniłem wzorem Demostenesa2. Ino, że po krajsku – wyjaśnił Mirko.
Niewiasta, której imię w mowie rodzimej brzmiało Szczęściwa, zdziwiła się jeszcze bardziej.
– Skąd znasz historię tego Greka?
– Osłuchałem się wielu rzeczy u nauczycieli udzielających lekcji Herodowym bękartom. Mniemali, iżem głupi, skorom niemowa. A ja ich wcale z oszybki nie wyprowadzałem – i wykrzywił twarz, jak wyrostek ułomny na rozumie, co w nikłym świetle gwiazd wyglądało tak pociesznie, że niewiasta parsknęła perlistym śmiechem, aż zaniepokojony Medwed, rzuciwszy robotę przy oporządzaniu koni, przybiegł sprawdzić, co się dzieje. – Znam też sztukę pisania rzymskimi znakami, po grecku i w kojne, dzieje bogów greckich i herosów – ciągnął Mirko.
– Nie powiesz chyba, że nauczyłeś się liczyć? – zapytała kobieta.
– Powiem, matko. Umiem rachować i kreślić diagramy figur.
Kobiecie zrobiło się ciepło na sercu słysząc, że chłopak nazywa ją matką, ale przez przekorę rzuciła:
– Czemu wołasz mnie matką? Wszak jeszczem młoda… – i zaśmiała się w myśli sama do siebie, albowiem w Starej Krainie białogłowy w jej wieku mogły już być otoczone wianuszkiem wnucząt.
– Zawsze byliście dla mnie jak matka.

Wyobraźnia i ogromna wiedza Autora sprawiły, że wprowadził do  Słowianki język stylizowany na archaiczny, którym posługują się bohaterowie jego powieści. Powstały nowe słowa, które wzbogaciły i ubarwiły dialogi.

Autor tłumaczy to tak

Mowa Prasłowian brzmiała całkiem odmiennie od współcześnie używanych słowiańskich języków. Prawdopodobnie zrozumielibyśmy z niej pojedyncze słowa, a może nawet moglibyśmy wyłuskać jakiś sens, ale na dzisiejsze ucho sposób porozumiewania się naszych praprzodków byłby wręcz egzotyczny. W wymawianych słowach nie stosowano akcentowania zgłosek, za to był wszechobecny zaśpiew i taki sam wyraz wymówiony raz z takim a raz z innym zaciągiem, mógł mieć odmienne znaczenie. Tak więc kilka słów, jakie wypowiedziała worożycha na dworze Heroda brzmiało o wiele bardziej melodyjnie, niż gdyby wyraziła je w czasach dzisiejszych.  Co nie oznacza, że nasz polski język miałby być monotonny w brzmieniu.

CDN