Wszystkie wpisy, których autorem jest Anna Kulesz

SŁOWIANKA cz. 7 w rzymskiej łaźni

Gości przyjęto rzymskim obyczajem w łaźni. Miszka, jako raczej obyty ze słowiańską banią, a nie znający reguł korzystania z rzymskiego przybytku, chciał od razu śmignąć szczupakiem w szmaragdową toń obszernego basenu z marmurową obmurówką, ale młodzieniec powstrzymał go w porę. Przeto zdał się na łaziebną służbę i zrezygnowany pozwalał się szorować, skrobać, namaszczać i wycierać, prowadząc w tym czasie z gospodarzem obowiązkową pogawędkę o niczym. Wreszcie, po wyjściu z caldorium, owinięci w prześcieradła, zasiedli wszyscy trzej na tarasie z widokiem na morze, a cienia dostarczało płócienne zadaszenie. Przyniesiono wino i wodę w oszronionych naczyniach z kryształu z Sidonu, figi, daktyle, świeże owoce i wschodni specjał – miód z makiem. Był także serbet sporządzony ze śniegu przywiezionego z górskich szczytów oraz soku brzoskwiń.

– Cóż cię do nas sprowadza, Heraklesie, jeśli pozwolisz mi być ciekawym. Czy mogę ci w czymś pomóc? – zapytał bogacz bardzo uprzejmie. Miszka opowiedział historię całej trójki, przezornie pomijając fakt służby u króla Heroda.
– Pragniemy wrócić do stron rodzinnych, przeto trzeba nam sprzedać dobytek i znaleźć miejsce na okręcie udającym się na północ Hadriatyku. – zakończył.
– Jak już powiadałem temu oto Mikrosowi – rzekł gospodarz. – Mam ci ja kilka statków handlowych. Niezadługo zbrojna nawa z ładunkiem purpury odpływać będzie do stolicy Cesarstwa. Jeżeli chcecie, zaokrętujcie się na nią i w kilka miesięcy będziecie w krainie Italów.

CDN

SŁOWIANKA cz.6 krwawe spotkanie

Wyszedł na polanę, gdzie światło ciał niebieskich rozpraszało nieco mrok nocy. Nałupał kilka cedrowych szczap, usuwając z nich mokrą zewnętrzną warstwę drewna. Skrzesawszy ognia, zapalił oliwną lampkę i od jej płomyczka rozniecił płomień na końcu jednej z pochodni. Zrobiło się nieco jaśniej.

Nagle pies znieruchomiał i z cicha zawarczał. Miszka przełożył polano do lewej dłoni, prawą ujmując rękojeść siekierki. U zwalonego pnia dostrzegł wielki, ciemny kształt z dwoma świecącymi punktami kocich oczu. Górski lew. Nie, to raczej pantera. Najwidoczniej zła, że przerwano jej nocne łowy. Czaiła się gotowa do skoku, widząc intruzów i duży zapas świeżego mięsa.
Odważny pies bez namysłu rzucił się na dwa razy większego od siebie i o wiele zwinniejszego kota, ucapiając go za kark. Pantera skoczyła w górę na sążeń i opadła na cztery łapy, starając się strząsnąć psa z grzbietu, co jej się udało, jako że pies nie posiada czepnych pazurów. Ale pies tej rasy ma nos nieco cofnięty ku tyłowi, co pozwala mu trzymać chwyt bez utracenia oddechu. Jakoż prawie cetnar mięśni zawisł na szyi drapieżnika na samej mordzie, potęgując ból.
Pantera przetoczyła się na plecy, starając się swym ciężarem przygnieść psa. Ale Miszka znał świetnie obyczaje psów i zwierząt do nich podobnych. Wiedział, że są one mistrzami polowań i walk w zespole. Przeto wyczuł, że pies liczy teraz na jego pomoc.

Dalej było trochę krwawo, więc pominę ten fragment, ale kolejna część Słowianki w obrazkach, w odcinku nr. 7

CDN

SŁOWIANKA cz.5 Mirko spotyka Lupinkę

Wędrówka Mirka obfituje w przygody. Przed spotkaniem z Lupinką miało miejsce takie zdarzenie.

(…) Stangret wreszcie oprzytomniał. Stanął do pomocy i we trójkę z wozakiem opanowali zaprzęg platformy. Szóstka koni bez trudu, choć powoli, wyciągnęła koło z piachu z powrotem na bruk. Mirko ujął lewego konia bryczki za wędzidło i idąc pieszo obok, poprowadził w kierunku miasta na wyspie.
– Jak ci na imię, spryciarzu? – zapytał woźnica, odzyskawszy rezon.
– Mirkos – odrzekł Mirko, aby to brzmiało z grecka.
– Cóż za dziwne zawołanie! Wszak jesteś słusznego wzrostu, czemu cię nazywają Mikros?
– Mirkos, panie. To imię słowiańskie. Oznacza miłującego wolność.
– Znam ja was, Słowian, szelmy jedne – zaśmiał się Grek. – Przyszliście z daleka i zamieszkali na północy Hellady. Zacne z was kompany do miodu i wina, które pijecie bez wody. Niewiasty u was srebrnowłose i błękitnookie.
Jakoż istotnie, w odróżnieniu od innych ekspansywnych ludów, Słowianie miast łupić, osiedlali się na stałe na opanowanych terytoriach.

(…) Przy straganie kręciła się grupka wynędzniałych bezdomnych dzieci poszu­kujących odpadków, którymi mogłyby nieco oszukać permanentny głód. Jakiś człowiek siedzący naprzeciw rzucił im kawałek mięsa z kością. Któreś z nich po­chwyciło kąsek w powietrzu i łapczywie podniosło do umorusanej buzi, ale zaraz rzuciło się na nie jakieś silniejsze i pobiwszy, odebrało i uciekło w podskokach, a za nim reszta. Maleńka dziewczynka nie umiała widocznie płakać albo też nie miała sił na płacz, tylko siedziała w kurzu i patrzyła w dal wielkimi czarnymi oczami, w których było tyle smutku, że Mirka przeszedł dreszcz.

Dusza słowiańska odezwała się natychmiast. Mirko wstał i podszedł do małej, podając jej kawałek placka. Dziecko podniosło wzrok i można było dostrzec, że w spojrzeniu bezdomnej głód walczył z obawą. Wreszcie dziewczynka wyciągnęła rączkę, pochwyciła placek i zaczęła zjadać z łapczywością wielką.

Chłopak przyjrzał się małej. Mogła mieć lat ze sześć, a może siedem. Spod łachmanów wystawały przeraźliwie chude kończyny, a twarzy nie można było dostrzec spod warstwy brudu. Zakurzone włosy były barwy nieokreślonej, tylko wielkie oczy koloru węgli patrzyły dookoła spojrzeniem zalęknionego zwierzątka.

Mirko dał dziewczynce kawałek ryby. Ta chciała wszystko naraz wsadzić do buzi, więc chcąc nie chcąc, Mirko sam musiał karmić dziecko, starannie usuwając ości. Potem poczęstował jeszcze plackiem, a na koniec suszoną figą. Wreszcie podszedł do straganu i napełnił kubek wodą z miodem i sokiem z cytrusa.

– Wyrzuciło ją morze kilka miesięcy temu – rzekł sprzedawca. – Pewnie rodzi­ce utonęli albo zabili ich morscy zbóje. Żyje tym, co znajdzie, jak one wszystkie tutaj.