SŁOWIANKA cz. 11 niebezpieczne starcie

Przez kilka chwil przeciwnicy oceniali się nawzajem. Większy jeszcze od Miszki i szerszy w barach napastnik dyszał żądzą mordu, a spod hełmu widniały bezlitosne oczy koloru zimnej stali. Miszka stał spokojnie, albowiem spokój i rozwaga to najgroźniejszy oręż. Wreszcie wykonał pierwszy ruch, zamierzając się toporem. Na to tylko czekał zbir i ostrze jego żelaza zawyło w powietrzu. Ale atak wytrawnego wojownika był tylko markowany. Niespodziewanie wypuścił z rąk broń i uwolniony od ciężaru zwinnie obrócił się w lewo, a siekiera wroga minąwszy cel, utkwiła w pokładzie, rozłupując kilka desek. Miszka z całej siły zdzielił draba kułakiem między oczy, a ten zachwiał się jak ogłuszony bawół. Słowianin z półobrotu poprawił na odlew, aż puściła sprzączka i szłom1 z nosalem pogiętym jak paralityk spadł z pirackiego łba i z brzękiem potoczył się po pokładzie. Burza jasnych, kędzierzawych włosów ujrzała światło dzienne.
Oczy złoczyńcy uciekły w głąb czaszki i runął na wznak jak ścięty przez drwali dąb, aż podniósł się kurz. Ze zręcznością, jakiej trudno było się u niego spodziewać, Medwed skoczył leżącemu na pierś szeroką jak pokład bojowy i ukląkł na jego rozpostartych ramionach, po czym sięgnął do tyłu za pas. W słońcu zabłysła klinga wzniesionego noża.
– Odine2! – szepnął zbir i zamknął oczy czekając na koniec.
Ale uderzenie nie następowało. Po chwili pirat otworzywszy jedno oko, ujrzał srogą twarz przeciwnika i wciąż wzniesiony nóż. Miszka, przekrzywiając głowę z jednej strony na drugą, przyglądał mu się uważnie, ale nie co by w okrucieństwie nasycać się zadawaniem śmierci, a raczej z jakąś niepojętą ciekawością.
– Lars?… – zapytał wreszcie w bezbrzeżnym zdumieniu.
– Baar!… – odrzekł Lars zdumiony nie mniej niż Baar.
Miszka oprzytomniał.
– Przysięgałeś gnoju, że rzucasz zbójowanie na zawsze! Twoje słowo mniej warte niż ośla rzyć! – krzyknął.
– A ty co? Prawiłeś, co będziesz bronić skrzywdzonych, a ochraniasz niewolniczą galerę! Kończ, ty barbarzyńco!

– Tu nie ma niewolników. Niewolnicy nie broniliby okrętu tak jak ci tutaj to czynią – wyjaśnił Baar, nieco zbity z pantałyku.
– My też nie są piraci. Opowiem ci wszystko jak ze mnie zleziesz i zabierzesz ten swój tasak.
Teraz przypomniał sobie Medwed, że wciąż w uniesionej dłoni ściska nóż.
Rozbójnicy widząc klęskę swego herosa, chcieli dać tyły, ale drogę do trapu zamknął im mur wojowników. Zostali otoczeni. Bitwa zakończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła.
Żołnierze nie rozumieli słów rozmowy dwóch Goliatów, albowiem toczyła się ona w mowie germańskiej. Zdziwili się niepomiernie na widok Miszki schodzącego z wroga i wyciągającego do niego dłoń, aby pomóc mu powstać. Przypadł do nich Eustachios z obnażonym gladiusem.
– Za burtę ich wszystkich, rzezimieszków! Niechaj ich ryby zeżrą! – krzyknął.
– Proszę cię, Eustachiosie, daj im powiedzieć coś na swą obronę. Niech twa prawość będzie miła Temidzie – rzekł Miszka.
Z ociąganiem dowódca schował miecz. Lars zaczął opowiadać.

CDN

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.