W sobotę 23 sierpnia odbyła się III edycja spotkania z poezją, POETYCKIE LATO, w ogrodach Powiatowej Biblioteki Publicznej w Otwocku pod patronatem Starosty Otwockiego. Organizatorem była biblioteka powiatowa.
i wydawnictwo Andrzeja Krzysztofa Malesy CZAS NA DEBIUTY. Na zdjęciu wydawca i Marek Połynko.
Mimo chłodu, klimat spotkania był gorący, a atmosferę podgrzewał swoim ciepłym głosem bezkonkurencyjny Marek Połynko akompaniując sobie na gitarze. Ten niezwykle kontaktowy, serdeczny i skromny artysta jest po prostu rozrywany. Wszędzie gdzie się pojawia, tam pojawia się uśmiech, znikają bariery, a humor i energia ogarnia wszystkich. Wyjątkowy człowiek.
Wiersze prezentowali poeci z różnych stron Polski, a także z zagranicy.
Na zakończenie jak zwykle zdjęcia i dyskusje przy poczęstunku.
I już są pomysły na kolejne spotkanie, a czas mija szybko…
Odbyło się kolejne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Jestem ogromnie zadowolona i wdzięczna osobie, która mnie zaprosiła, bo uczestnicy i rozmowy o książkach są tutaj nadzwyczaj ciekawe. Nie wszędzie spotyka się tyle kultury i klasy w dyskusjach. Niewątpliwą zasługę ma w tym prowadząca pani Kasia Świerlikowska.
Tym razem omawiana była „Wegetarianka”, o której napisałam we wcześniejszym wpisie. Książka mnie nie porwała, a jednak…
Spotkania trwają zwykle dwie godziny.
Spojrzenie innych osób, poszerzenie tematu sprawiło, że mój odbiór nieco się zmienił. Ważne jest wysłuchanie wielu głosów, bo każdy z nas widzi świat nieco inaczej. To pomaga w spojrzeniu na temat z różnych stron, zrewidowaniu swojej opinii.
Minęło dziesięć lat od momentu, kiedy założyłam tę stronę. Mam wrażenie, że zaistniała jakaś pomyłka czasowa, bo niemożliwe, żeby tak szybko uciekły dni i lata, a moja kondycja ciągle miała się dobrze, jak dekadę wstecz. Czytając jaki był cel założenia blogu, uznałam, że nic się w moim myśleniu, ani sposobie na życie nie zmieniło. Przybyło tylko lat, których ciężaru nie czuję, tak jak mijającego czasu, ale o tym przypomina kalendarz. Dopiero był Nowy Rok, a kartek do zdarcia zostało niewiele. Nie robię żadnych podsumowań co mogłam, czego nie zrobiłam, co się udało albo nie, ale planuję i idę do przodu, zawsze w stronę słońca. Planowanie mam we krwi. Taki był mój tata i zapewne przekazał mi to w genach, jak wiele innych cech, które mnie satysfakcjonują. Otaczam się ludźmi, których lubię, kocham, szanuję. Na tych , którzy mnie wkurzają, są złośliwi i fałszywi nie tracę czasu. Po prostu zrywam kontakt. To nie jest miłe, jak i niemiłe jest też to, do czego zabrać się nie mogę, czyli rozstanie z gromadzonymi przez lata książkami i przedmiotami, a które dawały i dają mi poczucie spokoju i stabilności. To pamiątki rodzinne. Wręcz celebruję ich obecność. Kiedy poruszam się wśród nich, zawsze pojawia się obraz, migawka jakiegoś szczęśliwego zdarzenia z przeszłości, z rodzinnego domu, z dzieciństwa. Takich rzeczy jest dużo, a miejsca w mieszkaniu coraz mniej. Jeszcze więcej jest książek, które kocham. Pośród wielu różnorodnych tematycznie, są też te z najwcześniejszych moich lat, które czytali mi rodzice. „Bobik od Franciszkanów” to opowieść o psie, którego los obficie opłakałam. Bardzo stare wydanie „O krasnoludkach i o sierotce Marysi”, napisane dawną polszczyzną, z której zrozumieniem moje wnuki mają problem, ale fantastyczne ilustracje Szancera zachwycają do dzisiaj. Trudno wymienić wszystkie, ale jest ich cała półka. Wydane przed, albo tuż po wojnie. Są niezwykłe i cenne. Oddać je, to jak zdradzić przyjaciela, bo dla mnie książki żyją. Inne przedmioty są martwe, ale też rozstać się trudno. Na przykład z miseczką emaliowaną malowaną w jesienne liście, która była w użyciu codziennie odkąd pamiętam. Zatrzymała wspomnienie wspólnych obiadów z rodzicami, ich śmiech, moje kaprysy przy jedzeniu… A zegar z kukułką… Jest ze mną niemalże od pół wieku. Kukanie towarzyszyło nam codziennie jeszcze do niedawna, bo kiedy pojawiły się wnuki, to one przejęły informowanie wrzaskiem o mijajacych godzinach. Długa jest lista rzeczy, które wiążą się z jakąś historią, ale zdaję sobie sprawę, że ważne są one tylko dla mnie. Kolejne pokolenia tworzą własne historie i otaczają się głównie sprzętem elektronicznym, prostą zastawą, która nadaje się do zmywarek, a książki raczej wypożyczają niż kupują. Nikt nie przywiązuje wagi do dekorowania stołów, celebrowania przyjęć, bo młodzi najchętniej spotykają się w lokalach poza domem, żeby uniknąć sprzątania, przygotowywania, marnowania czasu na zakupy. Taki trend zapewne kiedyś minie, ale teraz jest tendencja, żeby wyrzucać stare, a kupować nowe i funkcjonalne. Ja już nie kupuję, ale miejsce zrobić muszę. Miejsce dla rzeczy, z którymi znowu ktoś kiedyś będzie się musiał rozstać…