Jedynym człowiekiem na świecie, który kocha całkiem bezinteresownie jest MATKA. Dla swojej napisałam kiedyś taki wiersz
Mamie
mała buteleczka Soir de Paris na toaletce bez trudu dawała ukryć się w dłoni
oglądałam ją wiele razy
przez kobaltowe szkło patrzyłam na słońce zapach fiołków przenosił mnie w świat marzeń
mały koreczek trudno było wyjąć tylko tobie się to udawało przed wyjściem do teatru wtedy mieszkanie napełniało się słodko-gorzką wonią fiołków
cieszyłam się że po powrocie opowiesz mi o sztuce ale przykro mi było że zostaję połykane łzy miały smak fiołkowej goryczki stłumionej słodkim całusem na dobranoc
mały flakonik ciągle przypomina tamte wieczory zapach fiołków pozostał w nim do dzisiaj
Zbliża się ważny dla wszystkich dzień. 26 maja obchodzą chyba wszyscy. Jedni hucznie, inni kameralnie rodzinnie, albo tylko wspominając, bo rodzice nie żyją wiecznie. W takich dniach wraca się do zdjęć, do pamiątek i bywa, że trafiamy na coś o czym się zapomniało. I mnie się tak przydarzyło. Buszowałam niedawno w swojej domowej bibliotece wyszukując wierszy na spotkanie.
Są książki do których zagląda się często, ale między nimi też takie, do których zajrzeć nie ma potrzeby przez długi czas. I właśnie wśród takich spotkała mnie ogromnie miła niespodzianka. Poezja Jana Brzękowskiego sprzed pół wieku z dedykacją dla mnie od Mamy, która nie żyje od ponad dwudziestu lat.
Mama kochała poezję, zapraszała swoje koleżanki poetki, słuchała ich wierszy. I mnie czytała odkąd sięgam pamięcią. Jedną z pierwszych czytanych mi książek był Wybór Wierszy Adama Mickiewicza. Świteź i Powrót taty znałam na pamięć w wieku pięciu lat.
Wiem, że intencją dedykacji w tomiku Jana Brzękowskiego było zachęcenie mnie do rozwijania się poetycko. Marzenie Mamy spełniło się.
Dzisiaj jestem o krok od wydania swoich wierszy. Szkoda, że nie mogę tego świętować z osobą, która jako jedyna, nieustannie dopingowała mnie do pielęgnowania wszystkich zdolności artystycznych, również do pisania wierszy.
Lata mijały, życie pędziło i dzisiajnie mogę nawet powiedzieć „Mamo, dziękuję Ci”.
Trafiłam na niezwykle interesujące obrazy niderlandzkiego malarza Hieronima Boscha. To malarz religijny, którego myślą przewodnią w twórczości było eksponowanie dobra i zła. Temat nie nowy i popularny, ale mnie zachwycił sposób przekazu, bardzo bogata wyobraźnia i ogromna wrażliwość artysty. Każda postać z jego obrazów jest obfitością emocji, opowiada jedną lub wiele historii. Płótna kipią symboliką, fantazja przeplata się z rzeczywistością. Wśród realistycznych postaci – wymyślone, często upiorne twory zaskakujące brzydotą, ale wspaniała technika, doskonały warsztat, czy raczej dar, wprawia w zachwyt.
obraz olejny Hieronima Boschaz sieci
Moją uwagę przykuł obraz Wóz z sianem. Jest częścią tryptyku. Namalowany 500 lat temu pozostaje niezwykle aktualny również dzisiaj. Mnogość sytuacji, szczegółów i symbolika. Temat wiodący to wyścig, pogoń za bogactwem. I to się aktualnie dzieje. Coraz mniej liczy się człowiek, a ważne staje się, żeby samemu wyrwać co się da, ile się da i najlepiej być w tej pogoni pierwszym. Widać to nawet w sprawach małych, na przykład na zwykłych spotkaniach, gdzie poczęstunek jest wręcz rozdrapywany, a łokcie pracują intensywnie. I wcale nie dotyczy to tych gorzej sytuowanych i nie należących do elity. Jest nawet wprost przeciwnie. Im bardziej światowy tym odważniejszy i roszczeniowy. Z zażenowaniem patrzę jak kawałki ciasta upychane są w serwetki, bez opakowań i do torebek wizytowych, a kolejka tłoczy się jak wąż w konwulsjach, bo im ciaśniej, tym złudnie, bliżej. Czy to się dzieje naprawdę? Trudno uwierzyć. A jednak… Przecież nie jesteśmy biedni. Mamy bez porównania więcej niż przez 50 lat po wojnie, ale ciągle nam mało.To taki drobny przykład, ale tak jest w każdej klasie społecznej. Im wyżej, to walka o większe dobra.
I podobnie jest na wspomnianym obrazie. Na wozie z sianem, które symbolizuje pieniądze, jedzie Święta Rodzina, anioł i diabeł, czego nikt nie dostrzega. Uwaga skupiona jest na sianie, żeby wyrwać jak najwięcej dla siebie. Ludzie tratują się, przewracają, wpadają pod koła. Ci bogatsi również, ale spokojniej, bo są bliżej siana. Im łatwiej, ale nikt nie chce się dzielić, tylko zagarnąć dla siebie jak najwięcej. Podsycani chciwością podążają za wozem, ciągniętym przez upiory, które symbolizują piekło. Całe nasze życie od urodzenia, to przecież droga do śmierci, która dla wierzących nie jest końcem. Ale nie jest istotne czy wierzymy w karę Boską czy nie, ważne, żeby do końca pozostał w nas rozsądek i umiar.