Archiwa tagu: Tak być mogło

MÓJ ŚLAD – ANNA KULESZ

Jeszcze ciągle staram się ograniczać wychodzenie z domu. Mam co robić, chociaż nie są to zajęcia, które mnie satysfakcjonują. Od jakiegoś czasu segreguję książki, które nie mieszczą się już na półkach. To akurat  lubię. Przypominam  sobie treść tych przeczytanych, przeglądam  tytuły, których przeczytać nie zdążyłam, odkrywam archiwalne egzemplarze, do których mam szczególny sentyment, a na  wyjątkową półkę odstawiam te z dedykacjami od różnych autorów.

Jest też  miejsce na książki w których  na zawsze pozostanie mój ślad. Kiedy mnie już  nie będzie, pozostaną słowa, które ułożyłam  w wiersze, felietony, opowiadania i pozostaną rysunki, którymi je zilustrowałam. Niektóre grafiki trafiły również na okładki (Słowianka, Tak być mogło, Co jest pisane i Co wyśpiewały fale zatoki na odwrocie tomiku obraz rybaka).

Czekam jeszcze na dwie, które powinny nadejść przesyłką w tym tygodniu. Jest to międzynarodowa antologia pt. Klinika Strachu, w której autorzy dzielą się na gorąco swoimi refleksjami na temat pandemii i tomik z kwiatowego cyklu pt. Fiołki. Obie wydane przez SAP.  Okładki zaprojektowała i wykonała Renata Cygan.

Muszę co jakiś czas  segregować książki, żeby się wszystkie pomieściły, ale rozstania są bardzo bolesne. Przekazuję je w różne dobre miejsca niech inni korzystają.

I TAK BYĆ MOGŁO…

 

(…)Toteż po kilku miesiącach dorobiłem się własnego wielbłąda, którego natychmiast wymieniłem na konia, nubijskiego mieszańca. I uskładawszy kilka augustowych aureusów, podziękowałem za pracę i ruszyłem do Nazaretu, pragnąc złożyć wizytę owej zacnej Miriam, matce Juszuy Mesjasza. Jednak sędziwy Knossos, powiedział mi, iż powinienem Jej szukać w Efezie. W drodze na północ okazało się jednak, że z Sidonu do Stolicy wypływa statek ze szkłem, a jeden ze sterników zachorzał. Sprzedawszy konia, nająłem się więc do załogi i tak znalazłem się w Italii.

– Dziadku Mirko, co to znaczy Mesjasz?– Mesjasz to wysłannik od Najwyższego, który prawi ludziom, co mają żyć godnie.

– To sam Bóg trudzić się musi, by to im rzec?  Nas tego rodziciele nasi uczą.

– Tam lud prosty jak słomy wiecheć. Słucha we wszystkim starszyzny, kapłanów, uczonych.  A ci władzą dusz się upajają, miast wieść naród ku zacności. Przeto wypaczyli swą wiarę podszewką na wierzch i uczynili dobrem to, co wygodne dla nich samych.  Jak to Żydzi.

– Widzieliście Mesjasza, dziadku?

– Takem Go widział jak ciebie widzę. I raz daże rozmawiał ze mną. A może i dwa razy.

– Opowiedzcie, proszę.

– Miałem wszak opowiadać swoje własne dzieje. Ale zaspokoję ciekawość twoją i rzeknę, com sam widział. Niech jeno gardło i trzewia zwilżę odrobiną tego wybornego miodu, który dziad wasz Eryk sycił dwadzieścia lat wstecz…

Dawno, dawno temu, w Jerozolimie pacholęciem służyłem na dworze króla Heroda zwanego Wielkim.  Byłem tam chłopcem do wszystkiego, takim trochę popychadłem. Ponieważ udawałem niemowę i przydurka, uznano, że mogę trzymać wachlarz z piór strusich nad głową synalka królewskiego, którego zresztą potem ojciec sam uśmiercić kazał. Do królewicza przychodzili nauczyciele najprzerozmaitsi, by nauki mu dawać, a ja, jako obcy mową i obyczajem, miałem nie pojmować, o czym mówią.  Nie wiedzieli, żem się już nauczył miejscowego języka, a z czasem i hebrajskiego osłuchał.

Był na dworze siłacz jeden, a mój druh najlepszy i jedyny, którego nazywali z rzymska Urso.  To wasz pradziad przybrany, Miszka, który dziś zasiada na stolcu Wrót Sławii, wespół z bratem swym Wojsławem. Eleuthera, nadworna worożycha Heroda, zażyczyła sobie, by nas obydwóch przydzielono jej w służbę. Dobrze nam tam było, albowiem rozumieli my się po krajsku.

– Powiadacie, dziadku, że ta Eleu…  ta worożycha, to była babcia Dosia?

– Zgadłeś, spryciarzu.  Pewnego razu do Jerozolimy przybył przedziwny orszak.  Trzech niezwykle mądrych i słynnych uczonych w asyście straszliwej sotni zbrojnej stanęło u wrót stolicy, a straż tak się przeraziła, że zawarła miejskie bramy i pochowała się w zakamarkach murów.  Ale wędrowcy nie przybyli, aby podbijać Izrael, jeno by zasięgnąć języka o miejscu narodzenia Dziecka, które wedle starożytnych objawień i Pism miało zostać wielkim prorokiem.

Jeden z nich zwał się Melchior i zajmował się patrzeniem w gwiazdy, a także wróżbiarstwem.  Jednak czarów zaprzestał, gdy dowiedział się z ksiąg, iż ten proceder Najwyższemu się nie podoba…

– Jak to Najwyższemu?  To znaczy Swantewitowi?

– O tym później porozmawiamy. Teraz będziemy Go zwać żydowskim przydomkiem Adonai. I nie przerywaj, jak stary gada…  no nie, żartuję, pytaj, ino nie za często, abym mógł jeszcze tego wieczoru dokończyć swą opowieść.

Żebyś ty widział, jak ten Melchior na koniu jeździł.  Jakie wyczyniał cuda w siodle.  A i konie go kochały i łaziły za nim krok w krok. Drugi, najstarszy mędrzec to Kasper. Ten zajmował się naukami ziemskimi, choć i ciała niebieskie obce mu nie były. I był z nimi czarnolicy Baltazar z indyjskiej krainy Pięciorzecza, zarządzanej wówczas przez scytową dynastię Saaków. Ten to był doskonały we wszystkim, a to w wojaczce, w handlu, podróży, żegludze, a sotnia jego  posiadała oręż, o jakim nawet wam się nie śniło. Mądrością Baltazara była nauka o liczbach i wartościach, a także strategia zawarta w grze zwanej Czatrangiem, a po naszemu szachami.

Miał takoż z Abisynii dojechać czwarty scholar, wielki medyk imieniem Ardaban, ale los zarządził inaczej.

Otóż, gdy Herod usłyszał o narodzeniu proroka, którego nazywano królem izraelskiego ludu, przejął się wielce, a jak wiadomo, tak był zazdrosny o władzę, że kazał zabić swoich własnych synów, z racji czego Rzymianie powiadali, że nawet świniom lepiej się żyje w Herodowym królestwie, niż jego własnym dzieciom. Zaplanował zatem zbrodnię dzieciobójstwa w mieście zwanym Domem Chleba, gdzie ów prorok się narodził, a także w okolicach.  Najsampierw rozkazał przeprowadzić tę akcję najemnym Sarmatom, wskutek czego ci nazajutrz ubieżali ze służby, zrabowawszy niemałe bogactwa, drogocenne konie najlepsze arabskiej rasy i wziąwszy ze sobą więcej jak trzydzieści najpiękniejszych królewskich nałożnic.

Ale nie uprzedzajmy faktów.  Worożycha Dosia w jakiś niepojęty sposób przejrzała zamiary satrapy i zaraz również i my ze skromnym dobytkiem w kilka koni wszyscy troje znaleźliśmy się w drodze, zmierzając na wschód bezdrożami, by przed rzezią ostrzec mieszkańców Beth Lechem, bo tak po hebrajsku brzmi nazwa owego Domu Chleba.

– Czemu bezdrożami?

– Pomyśl, mały. Oczywiście, aby pogoń zmylić. Dotarłszy na miejsce, zaszyliśmy się obozem w kępie, a raczej zagajniku wysokich a gęstych cierni, całkiem nawet niedaleko od domku, w którym mieszkał zacny Jusuf stolarz z Miriam oraz małym Juszuą, tym przyszłym królem izraelskiego ludu.

Zaraz pierwszego dnia wyniuchał nas ten Baltazar, nie znam, jak on to uczynił, ale wierno po dymie z ogniska albo zapachu bigosu,  a z pewnością z pomocą tego potężnego psiska od greckich pastuchów, z którymi się był skumał.  Przedarł się przez gęstwę koluchów i zaskoczył Miszke od tyłu, a ten na oślep miotnął franczeską, niemal na pół rozłupując pień młodego oliwkowego drzewka. Ledwo co go nie zabił.

– Czym to on, powiadacie, miotnął?

Opowieść 13 INNY - Kopia

– Franczeską.  To taka poręczna siekierka do rzucania, od której to nazwy cały naród Franków wziął nazwanie swoje.  Mam taką w jukach, to ci jutro pokażę. Takoż Dosia mu prawi coby poczciwi uczeni nie wracali do domu przez Jerozolimę, choć obiecali Herodowi sprawę zdać z misji swojej, jeno jak najprędzej jechać na wschód przez rzymski trakt z Tyru do Damaszku. Ponieważ Dosia za młodu była piękna jak anioł…

– Babcia Dosia wciąż jest piękna!

– Nigdym w to nie wątpił.  Otóż, aby zyskać na rzetelności, Baltazar rzekł swoim, że go anioł ostrzegł.  Zresztą, ponoć potem anioł prawdziwy im się wszystkim ukazał i to wcale nie we śnie, tylko na jawie, miał bowiem ze sobą trąbę jakąś, anielski atrybut i potwierdził Dosine słowa.

Przybyli mędrcy obdarowali Jusufową rodzinę podarunkami wartości wielkiej, z czego najbardziej chyba przydało im się Baltazarowe złoto, bo i ich anieli ostrzegli, ubieżać nakazując, a pieniądz w drodze nader przydatny.  Nie żeby Jusuf był biedakiem, wszak fach w rękach miał doskonały, ale trudno cały warsztat ze sobą wozić.

Szkoda było i Rodzinie i mędrcom przerywać tak miłą wizytę.  Kasper z Melchiorem prowadzili uczone dysputy z Jusufem, który wszak mądrości wraz z rzemiosłem nabył w rabinackiej szkole, podczas gdy Baltazar całe dnie spędzał z Dzieckiem, które usiłował uczyć strzelania z łuku, podbierania jaj pawiom i innych krotochwilnych zajęć, nie bacząc, że Juszua ledwo co dopiero zaczyna chodzić.  Takoż najczęściej Mały siedział mu na kolanach i słuchając jego zawodzących wschodnich pieśni, śmiał się i ciągnął go za brodę.  Sam widziałem, podglądnąwszy spod kolczastych krzaków.

I ów Baltazar opowiedział nam historię narodzenia Proroka. Otóż, najpierw Jusuf z brzemienną Miriam, pozostawiwszy pracownię pod nadzorem zarządcy Knossosa, podróżowali z Nazaretu do Domu Chleba, a w drodze Złe ich nie chciało opuścić. Na samym początku zaatakował ich wąż złośliwy, co dziwne, jako że węże o tej porze jeszcze śpią, a i tak same ze siebie nie atakują człowieka.  Potem osioł okulał.  Wreszcie, już u celu, zerwała się taka nawałnica, jakiej najstarsi nie pamiętali, a nikt z miejscowych nie chciał im gospody udzielić, krom tego poczciwego handlarza trzodą, u którego schronili się w szopie na narzędzia. Gdy już Juszua na świat przyszedł, wokół zdarzyło się wiele cudów. Ludzie wzrok odzyskiwali, chromi zaczynali chodzić, parszywym lico się wygładzało, a jeden owczarz, pogardzany niemowa i przygłup Tetliteas zaczął nagle płynnie deklamować całe wersety Owidiusza.  W dodatku o pół mili nad szopą zatrzymało się jakieś przedziwne ciało niebieskie, z którego snop błękitnej poświaty oświetlał ziemię.

I znów wąż się pojawił, zabity zaraz toporkiem przez jednego z co przytomniejszych juhasów. I potem jeszcze przypełzła jakaś gadzina, ale tej, sama Miriam piętą łeb zdruzgotała. (Och, jakie szczęście, że ten mały Nebojsa nie zapytał, kto to jest ten Owidiusz – pomyślał z ulgą Mirko)

– Dziadku Mirko, a kto to jest ten Owidiusz? – rzecz jasna zapytało rezolutne dziecko.  Mirko jeno westchnął ciężko.

– Dużo by gadać. Ale będziemy wszak sąsiadami, to ci zdążę jeszcze opowiedzieć wszystko, czegom doświadczył.  Rozmawiałem potem z Mesjaszem dwukrotnie, a to trzydzieści z górą lat później, gdy powstał z gr…….. – tu Mirko ugryzł się w język, nie chcąc prowokować niepowstrzymanej lawiny dalszych pytań.

– I tak jednej nocy wszyscy rozjechaliśmy się w trzy różne świata strony. Jusuf z Rodziną udał się na południe, przez przesmyk lnianej krainy Pelusium w głąb Egiptu, gdzie ponoć znalazł schronienie u pustynnych Beduinów, uczeni wraz z sotnią rzymskim traktem na północ, a my znów bezdrożami do Libanu.

– I co było dalej, dziadku Mirko?

– O, to już zupełnie inna historia, a przeczytać o niej będzie można w takiej niewielkiej książeczce „Słowianka”, którą jakiś narwaniec być może napisze za lat tysiąc dziewięćset i sześćdziesiąt…

A tym „narwańcem” jest Bartłomiej Wagner, który swoją Opowieścią Wigilijną zapoczątkował trylogię „Słowianka”, opisując w niej  dzieje fikcyjnych bohaterów na tle  historycznych wydarzeń od narodzenia Chrystusa.

Ksiazka-SLOWIANKA okladki 18a