Archiwa tagu: kolejowe wspomnienia

KOLEJOWE WSPOMNIENIA część 1

Pojawiła się ciekawa propozycja związana z kolejnictwem i wyzwoliła wspomnienia. Przejrzałam zdjęcia i tak sobie wszytko podsumowałam, bo pociągi były w moim życiu prawie od narodzin.

Do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku niewiele osób mogło sobie pozwolić na posiadanie samochodu, dlatego większość przemieszczała się koleją. Pociągi zwykle były zapchane, bo sprzedawano tyle biletów ilu było chętnych, czyli więcej niż miejsc. Trudno było dopchać się do drzwi wejściowych, tłum napierał tworząc korek, więc kto odważniejszy i bardziej sprytny, właził przez okno. Dla mnie, w obawie przed rozdeptaniem albo zgnieceniem, też taką drogę wybierano, podczas kiedy rodzice, z walizami sztywnymi jak kufry, forsowali drzwi. Osoby, które się nie dostały, musiały poczekać na następny pociąg.

Kolej podmiejska cieszyła się równie dużym powodzeniem , ale tu nikt nie dawał za wygraną i zdarzało się wisieć na stopniu trzymając się czegoś lub kogoś wewnątrz. Na następnych stacjach można było podbiec o jedne drzwi bliżej do przodu, bo środek zwykle był luźniejszy. Na zdjęciu jest już nowsza wersja.

Pamiętam podróż, kiedy wracałam z Zakopanego do Warszawy, chyba kilka dni po Sylwestrze. Było tak ciasno, że niemalże wisiało się między osobami stojącymi obok. Zima, odwołane pociągi, a ten którym jechałam miał duże opóźnienie. Ludzie stali nawet w toalecie do której drzwi były otwarte przez całą drogę i skorzystać z niej, w celu do jakiego była przeznaczona, nie mógł absolutnie nikt. Nikt też nie mógł nawet zmienić pozycji w której stanął na początku, ale humor dopisywał, dzięki czemu podróż mijała szybko i była mniej uciążliwa. Sytuacja wyzwalała zdolności satyryczne i choć na baczność, bez picia i jedzenia, którego wydobyć z bagażu nie było możliwości, to w dobrym nastroju dotarliśmy do Warszawy .

W czasach o których piszę, numerowane miejsca były tylko w pierwszej klasie, dlatego w drugiej ścisk był niemiłosierny, ale dla dziecka zawsze znajdował się kawałek wolnego miejsca, bo ludzie mniej mówili o empatii, a więcej jej przejawiali. Właścicielka koszyka z gdaczącymi kurami wcisnęła się bardziej w kąt, elegancka pani w toczku przytuliła do swojego partnera, a reszta pasażerów też jakoś się ścisnęła. Podróżowali bardzo różni ludzie. Rozmaitość ubrań, zachowań, ale nie pamiętam, żeby ktoś się o coś kłócił. Babcia w chustce przesuwała paciorki różańca, ktoś czytał gazetę, ktoś inny obżerał się całą drogę i częstował pozostałych pasażerów. Wszyscy sobie pomagali. Bywało tak, że rodzice powierzali mnie opiece obcej osoby, która jechała do tej samej miejscowości co ja. Na miejscu odbierał mnie ktoś z rodziny. Miałam wtedy na pewno nie więcej jak dziewięć lat. W wieku trzynastu podróżowałam już sama, z Bydgoszczy do Gdańska, z Warszawy do Lublina.Mam w swoich zbiorach pocztówkę budynku dworca lubelskiego z roku 1946.

Ale za moich czasów wyglądał już tak

O porwaniach dzieci nie słyszało się. Dominowała ufność i uczciwość, co oczywiście nie znaczy, że wszyscy byli przyjaźni. I właśnie tutaj czekała już na mnie jedna z moich najulubieńszych cioć.

 

DAWNE KOLEJE

„Stoi na stacji lokomotywa,
Ciężka, ogromna i pot z niej spływa:
Tłusta oliwa.
Stoi i sapie, dyszy i dmucha,
Żar z rozgrzanego jej brzucha bucha …”

Ten wiersz Juliana Tuwima znają chyba wszyscy, ale nie wszyscy pamiętają takie lokomotywy. Można je oglądać już tylko w muzeach.
IMG_4983

 Kilka lat temu najmłodsi w rodzinie poprosili o wycieczkę do Muzeum Kolejnictwa. Mam szczególny sentyment do tego miejsca, bo w budynku dawnego Dworca Warszawa – Główna, mieszkała przyjaciółka mojej mamy, u której zatrzymywałyśmy się w czasie przesiadki, jadąc z Bydgoszczy do Lublina. Obiad, albo kanapki i ciepła herbata wzmacniała nas przed dalszą podróżą, a niezwykle serdeczna i wesoła „ciocia” Marysia dodawała energii. Taszczyłyśmy ze sobą sztywne walizy, których boki wzmocnione, czy ozdobione  były drewnianymi listewkami przykręcanymi z zewnątrz, a  zamykało się je na metalowe  zamki – klamerki. Dzisiaj nie potrafię odgadnąć jak drobna kobietka , jaką była moja mama, dawała sobie radę z małym dzieckiem, torbami i tymi walizami jak kufry. W pociągach tłok był zwykle niemiłosierny, zdarzało się nawet, że wchodzono przez okna (tak! dzisiaj nie do uwierzenia), były awantury o źle wydane miejscówki, ale jak już się wszyscy usadowili, to  częstowano się  czym kto miał i zagadywano . Jedni spali zakrywając się płaszczami wiszącymi na wieszaku, inni ściągali buty uwalniając z nich zmęczone stopy i opierając je czasami na przeciwległej ławce 🙂 Nie pamiętam, żeby czytano, ale pamiętam, że zdecydowana większość spędzała podróż na rozmowach. Opowiadano o sobie o swoich kłopotach. Dzisiaj nazywa się to naruszaniem prywatności 🙂 W przedziałach wytwarzała się przyjazna atmosfera. Kiedy trochę podrosłam zdarzało się, że odbywałam podróż sama pod opieką wybranej przez rodzica  obcej osoby spośród podróżnych, którą proszono  o opiekę nade mną. O, ludzie!!! dzisiaj to chyba nie do pomyślenia. Na stacji docelowej oczywiście zawsze ktoś z rodziny  na mnie już czekał. Pociąg uważany był za miejsce bezpieczne, a ludzie za godnych zaufania. Bardzo lubiłam wsłuchiwać się w stukot kół, który natychmiast mnie usypiał, a w pamięci pozostał przeciągły gwizd  pociągu i zapach siwo – białego dymu wyrzucanego kłębami z komina lokomotywy.

IMG_0025

A dzisiaj pojechaliśmy do Muzeum Kolei Wąskotorowej w Sochaczewie. Sporo tam chodzenia, ale można odpocząć na ławkach.

IMG_0071

Jest tutaj około 130 pojazdów, które kiedyś poruszały się trasami kolei wąskotorowych.

IMG_0077

Pociągi niezmiennie kojarzą się z pożegnaniami i powitaniami.

IMG_0045

IMG_0093

O, w dyżurce nie ma komputera…

IMG_0101