SŁOWIANKA powieść o uczciwości, prawdzie, miłości i przyjaźni

Czas sprzyja czytaniu książek, ale ciągle jest jeszcze dużo na moich półkach tych, których nie znam. Pochłaniam je z ogromną przyjemnością, przenoszą mnie w dziwne, czasami nieprawdopodobne historie, ale często biorę do ręki tę, do której zrobiłam ilustracje.

W zakładce KSIĄŻKI Z MOJEJ PÓŁKI opisałam jak wyglądała moja współpraca z autorem Bartłomiejem Wagnerem. To pseudonim literacki, którego używa pisząc powieści. W jego utworach próżno szukać modnej dzisiaj agresji, nie przyciąga wulgaryzmami, które bywają magnesem dla pewnej grupy czytelników. Ta książka ma zupełnie inną misję. Opowiada o prawdziwej przyjaźni, o poświęceniu, a jednocześnie pokazuje zajęcia i zwyczaje słowiańskie.

To na razie taki krótki wstęp. W kolejnych wpisach przybliżę treść.

KORYCINY

Życiodajny oddech po pandemii wśród zieleni, to spacer po Podlaskim Ogrodzie Ziołowym w Korycinach, a w nim wśród ziół stara bimbrownia i domek szeptuchy, gdzie wiara spotyka się z magią. Na zakończenie dnia coś dla ducha w Pustelni w Odrynkach. Ciekawie, trochę tajemniczo.

AZYL W PANDEMII

Już ponad rok trwamy w zupełnie innej rzeczywistości. Nikomu nie było i nie jest  lekko, choć niektórzy przeszli ten czas bez większych problemów. Ja straciłam wielu przyjaciół i znajomych, którym nie udało się wygrać z Covidem, a i sama  przechorowałam go dość ciężko dwa razy. Mimo, że stosowałam się bardzo solidnie do obostrzeń i zaleceń, zdarzyły się przypadki na które  nie miałam wpływu i SARS-CoV-2 mnie dopadł.

 Od tygodnia jestem po drugiej dawce szczepionki Pfizera. Nie miałam nigdy, po żadnej szczepionce (a przyjęłam ich już sporo w swoim życiu) dolegliwości poszczepiennych i tak było również tym razem. Czy zadziała zgodnie z oczekiwaniami, to zobaczymy. Wszystko co nowe musi przejść okres próbny. To oczywiste. Nie ma innej możliwości sprawdzenia skuteczności, jak tylko czekanie. Może okazać się, że trzeba ją powtarzać każdego roku, jak szczepienie przeciw grypie. Taką ewentualność też zaakceptuję. Jak by nie było, to wchodzę w kolejny etap z nadzieją, że teraz będzie już tylko lepiej.

Szczepienie i wiosna napełniły mnie optymizmem. Cieszę się wszystkimi kwiatami jakie wokół mnie kwitną

i cieszę się w zasadzie wszystkim, bo każda chwila, każdy człowiek wnosi coś dobrego w nasze życie. Od tego co złe, po prostu izoluję się jak od wirusa 😉

I z takim nastawieniem zdecydowałam, że pora zostawić problemy związane z pandemią za sobą i pojechać po roku przerwy, na próbę śpiewania naszego zespołu Scena 50+, do mojej cudownej Warszawy w której życie tętni gwarem, w której ciągle coś się dzieje i gdzie  sprzedają na ulicach kwiaty, a w przejściu podziemnym przy metrze, warszawska kapela gra i śpiewa piosenki retro.

Jednak to z czym się zetknęłam nie miało nic wspólnego z moimi oczekiwaniami i wyobrażeniami jakie mam zakodowane w pamięci. Dawno nie byłam tak niczym zaskoczona. Dopiero w Warszawie zobaczyłam prawdziwe oblicze pandemii. Na ulicach mało ludzi. Pojedyncze osoby utrzymujące między sobą zalecane odległości. Małe sklepy, zakłady usługowe, gdzie zwykle ludzie się przepychali zamknięte na głucho. Również kawiarenki przed którymi wystawiano rok temu stoliki na zewnątrz i przy których można było porozmawiać, wypić coś dla ochłody, albo na rozgrzewkę. Wszędzie cisza. Nie ma spieszących się, nie ma młodych roześmianych twarzy wpychających w siebie różnego rodzaju zapiekanki, lody, frytki i wszelkie inne przekąski w biegu, i nie ma tych, którzy oryginalnością ubrań czy fryzur ożywiali przelewający się jednolity tłum. Dziwne wrażenie. Nie znam takiej Warszawy. To nie miasto, które pokochałam już w dzieciństwie. Brakuje mi dźwięków do których przywykłam, obrazów, sytuacji, które inspirowały i pobudzały wyobraźnię. Czasami rozśmieszały, czasami wywoływały zadumę, a nawet zdziwienie.

Na Nowym Świecie w południe nigdy nie było tak pusto. W sklepach też zdecydowanie mniej towarów. Zrobiło się przejrzyście, bo na półkach wszystkiego zdecydowanie mniej.

Dojazd też nie był luksusowy. W autobusie miejsca siedzące zajmowane są pojedynczo, jednak w miarę jak ludzi przybywa, kolejne osoby siadają obok. Wszyscy w maseczkach. Nikt nic nie mówi. Cisza, głowy pochylone, choć niekoniecznie nad telefonem. Wyczuwa się dystans i przygnębienie. Było mi naprawdę smutno.

Poza Warszawą tak tego nie widać. Nie ma komunikacji miejskiej, kto musi, to jak zwykle, porusza się ulicami na piechotę, więc ruch jest ciągle taki sam. Sklepy pootwierane, bo podstawowe zakupy trzeba robić, a w małych miastach takie sklepy dominują. Nie chodzi się do nich na spacery jak do wielkich galerii, ale po to co potrzebne do codziennego funkcjonowania. Kupuje i wychodzi. Ale na bazarach ludzi dużo jak zwykle, bo towar świeży i na powietrzu bezpieczniej. Niektórzy mają jednorazowe rękawiczki inni tylko maseczki, choć często pod nosem. Wokół miejsc z kwiatami tłumy, bo w małych miejscowościach większość ma ogródki przy domu, więc czas ograniczonych wyjść wykorzystuje się na prace ogrodowe. Hodowcy roślin zacierają ręce i upychają w saszetkach szeleszczące papierki, bo większość kupujących zostawia jednorazowo po kilkaset złotych. Dawno tak nie było. W efekcie jest kolorowo, kwiatowo i pachnąco czemu sprzyja też wiosenna pora roku.

Wróciłam z Warszawy rozczarowana i przygnębiona, ale na miejscu odczułam radość, że mam taki azyl, do którego jest przyjemnie wracać. Wcześniej tego nie dostrzegałam.

SNY MALOWANE czyli mój sposób na (do)życie